Rozważania na temat nierobienia drugiemu co tobie niemiłe

29 stycznia 2023

Autorstwa Bai Xue, Korea Południowa

Gdy wypełniałam obowiązki wychodziło na jaw tak wiele problemów. Od małych – zbytniej nieostrożności – po większe – wynikające z nieznajomości zasad. Trochę się martwiłam, że przywódczyni albo siostra, z którą pracowałam, rozprawią się ze mną za niechlujną pracę, ale partnerka rzadko wspominała o problemach i mówiła tylko, żebym była uważniejsza. To mnie zawsze cieszyło. Ale widziałam oczywiste problemy z tym, jak inni pełnili obowiązki. Uważałam, że pracują zbyt niedbałe, i chciałam omówić z nimi i przeanalizować te problemy, żeby mogli pojąć ich naturę oraz powagę konsekwencji takiego postępowania. Ale dochodziłam do wniosku, że jeśli im coś powiem na ten temat, urażę ich dumę. Lepiej powiedzieć tyle, żeby zdołali zorientować się, że mają problem, i nic więcej. Poza tym też miałam takie trudności, więc jakim prawem miałabym im je wytykać? Co jeśli rozprawiłabym się z kimś za coś, a potem sama bym to zrobiła? To byłaby hipokryzja. Lepiej było mówić miłe rzeczy. Dzięki temu, gdybym źle postąpiła w przyszłości, inni nie robiliby mi problemu. Wybacz innym, a wybaczysz sobie. Gdy tak na to spojrzałam, zniknęła resztka sprawiedliwości z mojego serca. Powiedziałam partnerce: „Nie ma sensu wytykać palcami ludzi, którzy mają problem. Można zająć się samym problemem”. Nic na to nie odpowiedziała. Poczułam się trochę dziwnie. Czy ludzie uświadomią sobie, że mają problem, jeśli się im go nie wytknie? Czy zmienią się w przyszłości? Jeśli nie, to może odbić się na pracy. Byłam rozdarta. Chciałam mówić, ale nie miałam odwagi, a milcząc, czułam, że nie wypełniam obowiązku. Zastanawiałam się, dlaczego to takie trudne. Co powstrzymywało mnie od mówienia o problemach innych? Pomodliłam się, prosząc Boga o poprowadzenie mnie ku zrozumieniu.

Później powiedziałam jednej siostrze, w jakim jestem stanie. Wysłała mi słowa Boga, a one otworzyły mi oczy i pojęłam nieco, z jakim problemem się zmagam. Bóg Wszechmogący mówi: „Czy jesteście orędownikami maksymy moralnej »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe«? Gdyby ktoś wyznawał taką zasadę, czy uznalibyście go za osobę wspaniałą i szlachetną? Niektórzy twierdzą: »Widzisz, nikomu nic nie narzuca ani nie utrudnia życia i nikogo nie stawia w trudnym położeniu. Czyż nie jest to wspaniały człowiek? Zawsze wymaga wiele od siebie, ale jest pobłażliwy dla innych. Nigdy nie każe innym robić czegoś, czego sam by nie zrobił. Daje ludziom wiele swobody, oferuje im niezmierzoną życzliwość i akceptację. Cóż za wspaniała osoba!«. Ale czy tak jest w rzeczywistości? Drugim dnem porzekadła »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« jest przekonanie, że należy innym dawać i zapewniać jedynie to, co sami lubimy i co nam samym się podoba. Ale co lubią zepsuci ludzie? Co sprawia im przyjemność? To, co zepsute i niedorzeczne, jakieś ekstrawaganckie żądze. Jeśli będziesz dawać i zapewniać ludziom coś tak niedobrego, to przecież cała ludzkość będzie pogrążać się w coraz większym i większym zepsuciu. Coraz mniej będzie wokoło tego, co dobre. Czyż nie taka jest prawda? Faktem pozostaje, że ludzkość jest na wskroś zepsuta. Zdeprawowani ludzie lubią gonić za sławą, korzyściami, statusem i przyjemnościami ciała. Chcą być celebrytami i potężnymi nadludźmi. Pragną życia w komforcie, a do ciężkiej pracy czują niechęć. Życzą sobie mieć wszystko podane na tacy. Bardzo niewielu spośród nich kocha prawdę i to, co dobre. Co się stanie, jeśli ludzie będą częstować innych swoim zepsuciem i swoimi upodobaniami? Nietrudno to sobie wyobrazić – ludzkość będzie coraz bardziej i bardziej pogrążać się w zepsuciu. Orędownicy prawidła »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« oczekują, że ludzie będą wpajać innym swoje zepsucie, upodobania i ekstrawaganckie żądze i tym samym skłonią ich do zabiegania o zło, komfort, pieniądze i awanse. Czy taką ścieżką należy kroczyć w życiu? Widać jak na dłoni, że »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« to bardzo problematyczne powiedzonko. Nie sposób nie zauważyć jego wad i mankamentów i nie warto ich nawet analizować ani próbować się w nich rozeznać. Wystarczy pobieżnie omieść wzrokiem to porzekadło, by natychmiast zauważyć, jak jest wadliwe i niedorzeczne. Niestety wielu spośród was daje się mu przekonać zbyt łatwo i zbyt chętnie akceptuje je bez zastanowienia. Zapewne w kontaktach z innymi często posługujesz się tym powiedzonkiem, by przestrzec siebie i upomnieć rozmówcę. Sądzisz przy tym, że masz wyjątkowo szlachetny charakter i można ci pozazdrościć rozsądku. Nie zdajesz sobie jednak sprawy z faktu, że te słowa zdradzają, jakimi kierujesz się zasadami i jakie masz nastawienie do różnych spraw. Jednocześnie wprowadzasz innych w błąd, zwodząc ich, by przyjęli twoją postawę wobec ludzi i okoliczności. Nie opowiadasz się po żadnej ze stron i zawsze idziesz na kompromis. Mówisz: »Nieważne, z jakim problemem mamy do czynienia, nie trzeba poważnie do niego podchodzić. Po co utrudniać życie sobie i innym? Jeśli komplikujesz sprawy innych, to i swoje. A gdy jesteśmy mili dla innych, to i dla siebie. A jeśli wobec innych jesteśmy surowi, to i wobec siebie też. Po co stawiać siebie w trudnym położeniu? Nierobienie innym tego, co tobie niemiłe, to najlepsze, co możesz dla siebie zrobić. Pozwala to najbardziej liczyć się z uczuciami innych«. Taka postawa oznacza oczywiście brak jakiejkolwiek skrupulatności. Nie zajmujesz jednoznacznego stanowiska w żadnej sprawie, na żaden temat nie masz konkretnego zdania, na wszystko patrzysz otępiałym wzrokiem. Jesteś osobą niestaranną i na wszystko przymykasz oko. Gdy wreszcie staniesz przed Bogiem, by się usprawiedliwić, to będzie jeden wielki bałagan. Dlaczego? Ponieważ zawsze powtarzasz, by nie robić drugiemu, co tobie niemiłe. Jest to wygodne i przyjemne przekonanie, ale niestety wpędzi cię w wielkie kłopoty, gdyż przez nie w wielu sprawach nie zdołasz zająć jasno sprecyzowanego stanowiska. Bez dwóch zdań w pewnych sytuacjach nie uda ci się też dobrze pojąć, czego wymaga od ciebie Bóg, spełnienia jakich standardów oczekuje oraz jaki wynik powinieneś osiągnąć. A to dlatego, że niczego nie robisz starannie. To wynik twojego niemądrego podejścia i twoich głupich poglądów. Czy nierobienie drugiemu, co tobie niemiłe, jest przejawem tolerancyjnej postawy, jaką powinniśmy mieć wobec ludzi i spraw? Zdecydowanie nie. To tylko teoria, która z pozoru wydaje się właściwa, szlachetna i dobra, ale w rzeczywistości zupełnie taka nie jest. A już z pewnością nie jest to zasada prawdy, jakiej ludzie powinni przestrzegać(Czym jest dążenie do prawdy (10), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). Słowa Boże obnażyły moje nastawienie do relacji z innymi. Gdy widziałam, że ktoś źle podchodzi do obowiązków, nie chciałam tego mówić otwarcie. Z pozoru byłam życzliwa, pozwalając innym zachować twarz i nie zawstydzając ich, ale miałam ukryte motywy. Też często niedbale wypełniałam obowiązki i miałam podobne trudności, więc bałam się, że wytknę komuś problem, a potem sama zrobię to samo co ta osoba. Okazałabym się wówczas hipokrytką. Surowość wobec innych nie służyłaby mi, bo nie zostawiałby furtki dla mnie. Dlatego wolałam ignorować problemy innych niż zająć się nimi na poważnie. Dobrze wiedziałam, że jeśli ludzie zawsze niedbale pełnią obowiązki, nie tylko nie uzyskają dobrych wyników i nie zrobią nic dobrego, ale też odbije się to na dziele kościoła i dalece zaburzy pracę. Jako nadzorczyni odpowiadałam za mówienie innym, że mają problemy, omawianie ich, a w razie potrzeby demaskowanie ludzi i rozprawianie się z nimi. Ale wolałam zachować twarz i chronić swoją pozycję niż praktykować prawdę. Z pozoru myślałam o innych, ale tak naprawdę chciałam chronić siebie i zadbać o to, by ludzie nie wspominali o moich problemach. Gdyby nie objawienie płynące ze słów Bożych, nigdy nie uświadomiłabym sobie, że nie wspominam o problemach innych, ponieważ wpływają na mnie i kierują mną szatańskie filozofie. Nie dostrzegłabym swojej podstępności.

Wyczytałam coś w słowach Boga. „Porzekadło »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« w dosłownym sensie oznacza, że jeśli sami czegoś nie lubimy albo nie chcemy robić, to nie powinniśmy tego narzucać innym. To wydaje się mądre i rozsądne, ale jeśli będziesz trzymać się tej szatańskiej filozofii w każdej sytuacji, popełnisz wiele błędów. Bardzo możliwe, że kogoś skrzywdzisz albo wprowadzisz w błąd. Weźmy na przykład rodziców, którzy sami nie lubią się uczyć, ale próbują nakłonić do tego swoje pociechy i zawsze przekonują ich, że warto wkładać wysiłek w naukę. Gdyby zastosowali się do zasady »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe«, powinni przestać zmuszać dzieci do nauki, bo im samym to nie leży. Są na świecie ludzie, którzy wierzą w Boga, ale nie dążą do prawdy, choć w głębi duszy wiedzą, że wiara w Boga to właściwa ścieżka w życiu. Jeśli widzą, że ich dzieci nie kroczą tą ścieżką, nawołują je do wiary w Boga. Choć sami nie dążą do prawdy, chcą by ich potomkowie to robili i otrzymali błogosławieństwo. Gdyby w takiej sytuacji mieli traktować innych tak, jak sami chcieliby być traktowani, powinni przestać nakłaniać dzieci do wiary w Boga. To by było zgodne z omawianą tu szatańską filozofią, ale też zniweczyłoby szansę tych dzieci na zbawienie. Kto byłby za to odpowiedzialny? Czy tradycyjna maksyma moralna »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« nie szkodzi ludziom? (…) Czy te przykłady nie obaliły doszczętnie tego przekonania? Nie ma w nim ni krzty słuszności. Na przykład niektórzy nie kochają prawdy, pragną przyjemności ciała i szukają sposobów na obijanie się podczas wypełniania swoich obowiązków. Nie chcą cierpieć ani ponosić konsekwencji swoich czynów. Uważają, że porzekadło »nie rób drugiemu, co tobie niemiłe« ma sens, i mówią ludziom: »Musicie nauczyć się czerpać radość z życia. Nie trzeba wcale dobrze wypełniać swoich obowiązków, znosić trudu ani ponosić konsekwencji swoich działań. Jak możecie się lenić, to się leńcie; jak możecie pracować po łebkach – róbcie to. Nie utrudniajcie sobie niczego. Ja tak robię i jest super. Mam idealne życie. A wy się wykańczacie, postępując w ten sposób! Powinniście brać przykład ze mnie«. Czy taka postawa nie jest zgodna z przekonaniem, że nie należy robić drugiemu, co tobie niemiłe? Czy tak postępuje osoba kierująca się rozsądkiem i sumieniem? (Nie). A gdy ktoś traci sumienie i rozum, czy nie brakuje mu też cnoty? To się właśnie nazywa brak cnoty. A dlaczego? Bo takie osoby pragną komfortu oraz po łebkach wykonują swoje obowiązki, starając się wpłynąć na innych i nakłonić ich, by sami też pragnęli komfortu i byli niedbali. A co w tym złego? Niedbalstwo i nieodpowiedzialność w pełnieniu obowiązków to oszukiwanie Boga i sprzeciwianie się Mu. Za uporczywe niedbalstwo i nieokazywanie skruchy czeka cię zdemaskowanie i wyrzucenie(Czym jest dążenie do prawdy (10), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). „Jeśli ludzie kochają prawdę, będą mieli siłę, by do niej dążyć, i będą w stanie ciężko pracować, praktykując prawdę. Potrafią porzucić to, co powinno zostać porzucone, i pozwolić odejść temu, co powinno zostać zapomniane. Powinieneś zrezygnować w szczególności z tych rzeczy, które odnoszą się do twojej własnej sławy, zysków i statusu. Jeśli nie potrafisz ich porzucić, to znaczy, że nie kochasz prawdy i nie masz siły, by do niej dążyć. Kiedy coś ci się przytrafia, musisz szukać prawdy. Jeśli w tych chwilach, kiedy musisz praktykować prawdę, zawsze masz samolubne serce i nie możesz porzucić myśli o własnych korzyściach, nie będziesz w stanie wprowadzić prawdy w życie. Jeśli bez względu na okoliczności nigdy nie szukasz ani nie praktykujesz prawdy, to nie jesteś osobą, która kocha prawdę. Bez względu na to, od ilu lat wierzysz w Boga, nie zdobędziesz prawdy. Niektórzy ludzie zawsze gonią za sławą, zyskiem i własnym interesem. Niezależnie od tego, jaką kościół przydzieli im pracę, zawsze się wahają, myśląc: »Czy to przyniesie mi korzyść? Jeśli tak, zrobię to; jeśli nie, nie biorę się za to«. Taka osoba nie praktykuje prawdy – więc czy może dobrze wypełniać swój obowiązek? Zdecydowanie nie. Nawet jeśli nie czynisz zła, nadal nie jesteś osobą, która praktykuje prawdę. Jeśli nie dążysz do prawdy, nie kochasz pozytywnych rzeczy i niezależnie od tego, co cię spotyka, dbasz tylko o własną reputację i status, własne korzyści i o to, co jest dla ciebie dobre, to jesteś osobą, która kieruje się wyłącznie własnym interesem, jesteś samolubny i nikczemny. (…) Jeśli ludzie, po latach wiary w Boga, nigdy nie praktykują prawdy, to zaliczają się do niewierzących, są źli. Jeśli nigdy nie praktykujesz prawdy, jeśli twoje wykroczenia stają się coraz częstsze, to twój koniec jest wyznaczony. Widać wyraźnie, że wszystkie twoje wykroczenia, błędna ścieżka, którą kroczysz, i twoja odmowa pokuty – wszystko to łączy się w mnóstwo złych uczynków; twój koniec będzie zatem taki, że pójdziesz do piekła, zostaniesz ukarany(Najważniejsze w wierze w Boga jest wcielanie prawdy w życie, w: Słowo, t. 3, Rozmowy Chrystusa dni ostatecznych). Zadrżałam, widząc, co ujawniają słowa Boga. W relacjach z innymi kierowałam się hasłem: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Niby byłam dla innych wyrozumiała, ale tak naprawdę ich krzywdziłam. Nie praktykowałam słów Boga ani nie spełniałam Jego żądań. Chciałam się przypodobać innym, zamiast wymagać, by praktykowali słowa Boże, jakby mieli być jak ja, zniechęceni, niezainteresowani rozwojem, zdeprawowani. To było nieodpowiedzialne zachowanie. Chciałam się przypodobać. Brakowało mi sumienia i cnoty. Taka właśnie byłam. Nie kochałam prawdy i chciałam tylko uspokoić samą siebie. Nie traktowałam pracy poważnie i ze starannością. Zdradzałam liczne problemy, gdy pełniłam obowiązki, i bałam się, że moje wady wyjdą na jaw. Nie chciałam, by przywódczyni i partnerka były dla mnie zbyt surowe. Bałam się też, że przez otwartość wobec innych będę musiała dawać przykład i poddać się ich nadzorowi, a to utrudniłoby mi życie. Osłaniałam więc innych, by pozostali tacy jak ja, nie wspominali o problemach, które widzieli, i nie meli innych na oku. Zanim ludzie dostąpią prawdy, często kierują się swoim zepsutym usposobieniem. Lenią się i wypełniają obowiązki po łebkach. Wtedy najbardziej potrzeba nam wskazówek i nadzoru innych. To coś dobrego i chroni dzieło kościoła. Jako nadzorczyni powinnam inspirować innych do praktykowania prawdy, lecz ja nie chciałam dawać przykładu i pozwalałam, by inni byli leniwi i nie starali się rozwijać zupełnie jak ja. Brzydziłam się prawdą i nie zamierzałam jej akceptować. Inspirowałam tylko do niechlujności i oszukiwania Boga. Nie wywiązywałam się ze swoich obowiązków i do tego krzywdziłam braci i siostry. Im dłużej o tym myślałam, tym wyraźniej czułam, że to poważniejsza sprawa, niż sądziłam. By chronić swoją reputację i pozycję, lekceważyłam dzieło kościoła oraz wkraczanie w życie braci i sióstr. To samolubne i wstrętne! Zrozumiałam też, dlaczego Bóg mówi, że tacy ludzie są niewierzący, że są źli i pokrętnie zakradają się do Domu Bożego. Ponieważ w sercu mają tylko siebie – zupełnie nie myślą o dziele kościoła. Bóg liczy, że wszyscy zdołamy praktykować prawdę, mówić i działać wedle zasad. Ja nie kochałam prawdy. Miałam nadzieję, że wszyscy będą się nawzajem osłaniać, zamiast praktykować prawdę. Robiłam coś przeciwnego do tego, czego chciał Bóg – czyniłam zło. Kiedyś sądziłam, że jedynie celowe zakłócanie dzieła kościoła jest złem, które brzydzi Boga. Lecz pojęłam, że gdy chroniłam na każdym kroku swoje interesy, zdradzałam zepsucie słowem i czynem i nie praktykowałam prawdy, to też czyniłam zło. Uświadomiwszy to sobie, pomodliłam się skruszona: „Boże, jestem nadzorczynią, lecz nie praktykuję prawdy. By chronić swoją reputację i pozycję, chciałam, by wszyscy się nawzajem osłaniali. Zabrakło mi sumienia i rozumu, nie zasługuję na ten obowiązek. Pragnę okazać skruchę i zmienić się”. Po modlitwie wypisałam wszystkie problemy, jakie ostatnio zauważyłam u innych. Oniemiałam, przyglądając się szczegółom. Kilka osób postąpiło nieodpowiedzialnie i nieostrożnie, a to znaczyło, że niektóre rzeczy trzeba zrobić od nowa. Patrząc na jeden problem za drugim, czułam się bardzo źle. Nie miałam pojęcia, że w pracy innych pojawiało się aż tak wiele problemów. A mimo to sądziłam, że można sobie i innym pobłażać i odpuszczać. Zupełnie nie zważałam na wolę Boga. Gdyby nic się nie zmieniło, ja byłabym winna opóźnieniom w pracy.

Wieczorem przeczytałam słowa Boże. Pomogły mi pojąć moje zachowanie. Słowo Boże mówi: „Cokolwiek antychryści robią, najpierw rozważają własne interesy, a działają dopiero po przemyśleniu wszystkiego; nie są prawdziwie, szczerze, bezwzględnie i bezkompromisowo posłuszni prawdzie, ale tylko wybiórczo i pod pewnymi warunkami. Jaki to warunek? Jest nim to, że ich status i reputacja muszą być zabezpieczone i nie mogą ponieść żadnej straty. Dopiero po spełnieniu tego warunku decydują i wybierają, co robić. To znaczy, antychryści starannie rozważają, jak powinni traktować zasady prawdy, Boże posłannictwo i dzieło domu Bożego, albo jak mają się zająć sprawami, przed którymi stają. Nie zastanawiają się, jak wypełnić wolę Bożą, jak nie narażać na szwank dobra domu Bożego, jak zadowolić Boga ani jak przynieść korzyści dla braci i sióstr; tych rzeczy nigdy nie biorą pod uwagę. A co antychryści biorą pod uwagę? To, czy coś wpłynie na ich własny status i reputację i czy ich prestiż spadnie. Jeśli zrobienie czegoś zgodnie z zasadami prawdy przynosi korzyści pracy kościoła oraz braciom i siostrom, ale reputacja antychrystów miałaby przy tym ucierpieć, a wielu ludzi uświadomiłoby sobie, jaka jest ich rzeczywista postawa, i poznałoby ich prawdziwą naturę i istotę, wówczas z całą pewnością nie będą działać zgodnie z zasadami prawdy. Jeśli wykonanie praktycznej pracy sprawi, że więcej ludzi będzie ich poważać, podziwiać i cenić, lub przez to ich słowa będą miały większą moc i więcej ludzi się im podporządkuje, wówczas zdecydują się działać w taki sposób; w innym wypadku nigdy nie zapomną o własnych interesach przez wzgląd na dobro domu Bożego czy braci i sióstr. Taka jest natura i istota antychrystów. Czy nie jest ona samolubna i zła? W każdej sytuacji antychryści uważają swój status i reputację za najważniejsze. Nikt nie może z nimi konkurować. Antychryści skorzystają z każdej wymaganej metody, o ile tylko zjedna im ona ludzi i sprawi, że ludzie będą ich czcić. (…) Ujmując to w najprostszy sposób, celem i motywem wszystkiego, co robi antychryst, są te dwie rzeczy – status i reputacja. Czy chodzi o to, co widoczne na zewnątrz – sposób mówienia, działania i zachowania – czy o punkt widzenia, sposób myślenia i poszukiwania, wszystko kręci się wokół ich reputacji i statusu. Tak właśnie postępują antychryści(Punkt dziewiąty: Wypełniają obowiązki tylko po to, by się wyróżnić, zaspokoić swoje interesy i ambicje; nigdy nie zważają na interesy domu Bożego, a nawet poświęcają je dla osobistej chwały (Część trzecia), w: Słowo, t. 4, Demaskowanie antychrystów). Słowa Boże mówią wyraźnie: Antychryści robią wszystko, by chronić swoją reputację i swój status. Nigdy nie myślą o tym, by chronić dzieło kościoła ani co byłoby dobre dla ich braci i sióstr. Woleliby, by ucierpiało dzieło kościoła niż zaszkodzić własnym interesom. Za bardzo cenią swoją reputację i pozycję. Patrząc na siebie, wiedziałam, że postępuję jak antychryst. Gdy coś się dzieje, staram się zachować twarz, stawiam swoje interesy i reputację ponad wszystko. Gdy wiedziałam, że ktoś niedbale wypełnia swoje obowiązki, powinnam była mu o tym powiedzieć i rozprawić się z nim, by dostrzegł swoje problemy i zepsucie. Ale by nie urazić nikogo, ale też ochronić siebie, nie praktykowałam prawdy. Z moich ust nie padało ani jedno słowo zgodne z prawdą. Łamałam głowę nad tym, jak zapewnić sobie furtkę. Byłam kłamliwa i oszukańcza. Chciałam się przypodobać i nie opowiadać za żadną ze stron. Goniłam za sławą i pozycją, chroniąc własne interesy, pozwalając, by inni pełnili obowiązki, kierując się zepsuciem, zamiast myśleć o dziele kościoła. Kroczyłam ścieżką antychrysta. Gdyby nic się nie zmieniło, Bóg zdemaskowałby mnie i odrzucił. Gdy to pojęłam, zrozumiałam też powagę sytuacji. Błagałam Boga, by poprowadził mnie do rezygnacji ze sławy i pozycji oraz do pracy na rzecz dzieła kościoła i spełniania obowiązku.

Później przeczytałam więcej słów Bożych. „Bóg nie żąda od ludzi, by podejmowali wobec innych tylko takie działania, jakich chcieliby sami doświadczyć. On wymaga, by kierowali się jasnymi zasadami w różnych sytuacjach, w jakich się znajdą. Jeżeli coś jest właściwe i zgodne ze słowem Bożym oraz prawdą, to tego się trzymaj. Ale to nie jedyna twoja powinność, oprócz tego musisz też upominać i przekonywać innych, omawiać z nimi tę kwestię, by dobrze zrozumieli zasady prawdy oraz wolę Boga. To twój obowiązek i odpowiadasz za to. Bóg nie oczekuje, że pójdziesz na kompromis, a tym bardziej nie chce widzieć, że chełpisz się swoim wielkim sercem. Musisz stosować się do przestróg Boga, do nauk, które ci przekazał, i do tego, o czym mówią Jego słowa – do wymagań, kryteriów i zasad prawdy, których ludzie powinni się trzymać. Nie wcielaj ich w życie raz, rób to raz za razem, już zawsze. Musisz praktykować przewodzenie innym poprzez dawanie im przykładu, a także przekonywać, nadzorować, wspierać i prowadzić ludzi, by przestrzegali zasad prawdy i stosowali je w praktyce tak samo jak ty. Bóg żąda od ciebie właśnie tego, a nie żebyście ty i inni sobie odpuszczali. Bóg wymaga od ciebie prawidłowej postawy wobec różnych spraw, trzymania się odpowiednich reguł i dobrej znajomości kryteriów opisanych w słowach Bożych, a także nauczenia się, jakie dokładnie mamy zasady prawdy. Nawet jeśli nie jesteś w stanie temu podołać, nie chcesz, nie podoba ci się to albo trzymasz się swoich wyobrażeń lub stawiasz opór, musisz traktować to jak swój obowiązek – to twoja odpowiedzialność. Musisz omawiać z ludźmi, co dobrego pochodzi od Boga, co jest słuszne i właściwe, i na tej podstawie pomagać im, wpływać na nich, kierować nimi, by to wszystko było dla nich budujące i korzystne oraz by mogli wkroczyć na odpowiednią ścieżkę w życiu. To twoja odpowiedzialność i nie możesz uparcie trzymać się idei, że nie należy robić drugiemu, co tobie niemiłe, którą zasiał w twoim umyśle szatan. W oczach Boga to jedynie filozofia życiowa, jedna ze sztuczek szatana; nie jest to właściwa ścieżka ani nic dobrego. Bóg chce tylko zobaczyć, że jesteś osobą prawą i dobrze rozumiesz, co należy, a czego nie należy robić. Nie życzy sobie widzieć, że próbujesz przypodobać się innym i nie opowiadasz się po żadnej ze stron. Nie powołał cię do wyrażania umiarkowanych poglądów. Gdy idzie o zasady prawdy, masz mówić to, co musi zostać powiedziane, i rozumieć to, co należy rozumieć. Gdy ktoś czegoś nie pojmuje, ale ty tak, a do tego możesz dać mu wskazówki oraz zaoferować pomoc, to jest to obowiązek, który bezwzględnie musisz wypełnić. Nie możesz stać z boku i biernie się przyglądać ani tym bardziej nabierać się na podstępy, którymi szatan mami twój umysł, takie jak nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. (…) Jeśli zawsze hołdujesz takiemu przekonaniu, to kierujesz się w życiu szatańskimi filozofiami, jesteś osobą kompletnie zdominowaną przez swoje szatańskie usposobienie. Jeśli nie podążasz drogą Bożą, to nie kochasz prawdy i nie zabiegasz o nią. Bez względu na okoliczności istnieje jedna zasada, którą musisz się kierować: najważniejsze, co musisz zrobić, to pomagać ludziom, jak tylko potrafisz. Nie rób tego, co podpowiada ci szatan, i nie traktuj ludzi wyłącznie tak, jak tobie by pasowało, nie próbuj »sprytnie« przypodobać się innym. Co to znaczy pomagać ludziom, jak tylko potrafisz? To znaczy wypełniać swoje obowiązki. Jeżeli widzisz, że coś należy do twoich obowiązków lub odpowiadasz za to, omawiaj słowa Boże i prawdę z innymi. Na tym właśnie polega wypełnianie swoich obowiązków(Czym jest dążenie do prawdy (10), w: Słowo, t. 6, O dążeniu do prawdy). Słowa Boga pokazały mi, że nierobienie drugiemu co mi niemiłe to taktyka, sztuczka, dzięki której szatan deprawuje ludzi i kontroluje ich umysły, by żyli w myśl szatańskich filozofii i nie praktykowali prawdy w relacjach z innymi. Mają stać się tolerancyjni i dawać innym swobodę. Gdy każdym kieruje zepsute usposobienie, szatan zyskuje kontrolę, a zło przewagę. W końcu Duch Święty opuszcza tych ludzi. Nie byłam jeszcze w stanie żyć zgodnie ze słowami Boga i Jego wymaganiami, ale musiałam wypełniać obowiązki i omawiać z innymi swoje rozumienie słów Bożych oraz płynące z nich oświecenie. Jeśli widziałam, że ludzie postępują wbrew zasadom prawdy, pełniąc obowiązki, zamiast tolerować to i pobłażać im, powinnam trzymać się zasad i pomagać im poprzez rozmowy oraz krytykę. To jedyny sposób, by działać na rzecz kościoła i spełnić swój obowiązek. Ja także musiałam dawać przykład praktykowania prawdy. Zdradzałam problemy przy pełnieniu obowiązków, ale nie mogłam sobie odpuszczać i uciekać od rzeczywistości. To nie pozwoliłoby mi się rozwijać. Powinnam starać się dostrzegać swoje problemy, poddawać się nadzorowi innych i brać pracę na poważnie. Pojęłam też, że mija się z prawdą przekonanie, jakoby tylko osoby wolne od błędów i problemów, mogły krytykować innych – to stawianie siebie na piedestale. Ja jestem tylko zepsutym człowiekiem z szatańskim usposobieniem. Często w pracy postępuję wbrew zasadom prawdy i muszę przejść osądzenie Boże i przycinanie. Potrzebuję, by bracia i siostry mnie obserwowali. Jeśli pojawi się więcej problemów, muszę się z nimi zmierzyć, a nie przed nimi uciekać. Ta świadomość była jak oświecenie, odnalazłam ścieżkę praktyki. Na następnym spotkaniu najpierw zajęłam się swoimi błędami, obnażyłam i przeanalizowałam własne niedbalstwo. Poprosiłam innych, by mieli mnie na oku. Powiedziałam też, by uznali to za przestrogę. Na koniec wskazałam też brata i siostrę, którzy byli szczególnie niedbali i omówiłam z nimi, jakie czekają ich konsekwencje, jeśli się nie zmienią. Po tym wszystkim poczułam spokój.

To było poruszające, gdy brat, z którym się rozprawiłam, dostrzegł swój problem, dzięki temu, że mu go wytknęłam, i wysłał mi taką wiadomość: „Gdybyś tak się ze mną nie rozprawiła i mnie nie obnażyła, byłbym nieświadomy problemu. Dziękuję, że mi w ten sposób pomogłaś. Chcę zastanowić się nad sobą i wkroczyć w prawdę”. Poruszyła mnie wiadomość od niego. Nienawidziłam, gdy mnie demaskowano i rozprawiano się ze mną, więc nie chciałam tego robić innym, lecz to była niedźwiedzia przysługa. Żałowałam, że chroniłam swoją reputację i pozycję, pobłażałam innym, tolerowałam ich problemy w pracy i nie wypełniałam własnych obowiązków. Byłam coś winna Bogu, braciom i siostrom. Zrozumiałam też, że praktykowanie słów Bożych to zasada, którą należy kierować się w życiu. To ludziom pomaga, jeśli potrafimy powiedzieć im, z czym mają problem bez owijania w bawełnę, i nam też. A nierobienie drugiemu co nam niemiłe to tak naprawdę szatańska, krzywdząca ludzi bzdura. Pojęłam, że strach przed tym, że ktoś rozprawi się ze mną za problemy z tym, jak pełniłam obowiązki, oznaczał, że nie rozumiałam, jakie to ważne. Słowo Boże mówi: „Nadzorowanie ludzi, pilnowanie ich, poznawanie ich – to wszystko po to, aby pomóc im wejść na właściwą ścieżkę wiary w Boga, aby umożliwić im wypełnianie obowiązków zgodnie z prośbami Boga i zgodnie z zasadą, żeby nie spowodowali żadnych zakłóceń ani dezorganizacji, i aby nie tracili czasu. Cel takiego postępowania rodzi się całkowicie z odpowiedzialności za nich i za dzieło domu Bożego; nie ma w tym złośliwości(Słowo, t. 5, Zakres odpowiedzialności przywódców i pracowników). To prawda. Wszyscy mamy zepsute usposobienie i skłonność do niedbalstwa i oszukiwania w pracy. Jeśli nikt nas nie nadzoruje i nie sprawdza, nie krytykuje nas i nie omawia z nami problemów, nie jesteśmy w stanie dobrze pracować. Ulegniemy pokusie korzystania z komfortu i bez skrupułów zakłócimy dzieło kościoła. Zatem gdy przywódcy nadzorują pracę i krytykują, odpowiedzialnie podchodzą do obowiązków i działają na rzecz dzieła kościoła. To ma nam pomóc wejść w życie, a nie cokolwiek utrudnić. Niestety ja byłam nadzorczynią hołdującą szatańskiej zasadzie: „Nie rób drugiemu co tobie niemiłe”. Dostrzegałam problemy innych, ale wolałam być miła. Zamiast pomagać, rozmawiać, rozprawiać się z ludźmi, pobłażałam im i osłaniałam ich. To było nieodpowiedzialne oraz szkodziło ludziom i kościołowi. Te doświadczenia pomogły mi wyzbyć się błędnych przekonań i zrozumieć znaczenie nadzoru i demaskowania.

Bardzo mnie te przeżycia poruszyły. Gdy kierujemy się szatańskimi filozofiami, mamy same błędne przekonania. Nie rozróżniamy dobra od zła i nie wiemy, co jest zgodne z zasadami prawdy i wymaganiami Boga. Łatwo jest postępować według szatańskich filozofii i zaburzać pracę kościoła. Tylko życie wedle słów Boga i patrzenie na świat przez ich pryzmat wypełnia Jego wolę. Poznałam też słodki smak praktykowania prawdy i z przekonaniem skupiam się na robieniu tego, co wymaga Bóg. Dzięki Bogu!

Koniec wszelkich rzeczy jest blisko. Czy chcecie wiedzieć, jak Pan wynagrodzi dobro i ukarze zło i ustali wynik człowieka, kiedy On powróci? Zapraszamy do kontaktu z nami, aby pomóc Ci znaleźć odpowiedź.

Powiązane treści

Smak bycia szczerym

Autorstwa Yongsui, Korea PołudniowaNa jednym ze spotkań w marcu lider mówił o tym, że aresztowano i torturowano jednego z braci. W chwili...

Przyczyny mojej arogancji

Autorstwa Chengxin, Korea Południowa Pewnego dnia kilka liderek kościoła wspomniało mi o pewnej kwestii. Mówiły, że odpowiedzialna za...

Zamieść odpowiedź

Połącz się z nami w Messengerze