Wszystkich szukających prawdy prosimy o kontakt.

Boża miłość była ze mną w mrocznym więzieniu diabła

6

Autorstwa Yang Yi, prowincja Jiangsu

Jestem chrześcijanką należącą do Kościoła Boga Wszechmogącego i wierzę Boga Wszechmogącego od ponad dziesięciu lat. Jedną z rzeczy, której nigdy nie zapomnę, były straszliwe udręki, jakie przeżyłam, gdy zostałam aresztowana przez policję KPCh dekadę temu. Wtedy też, chociaż byłam torturowana, poniżana przez złe demony i kilkakrotnie bliska śmierci, Bóg Wszechmogący wyciągnął swą potężną dłoń, by mnie prowadzić i chronić, przywrócić do życia i uratować… Dzięki temu naprawdę doświadczyłam transcendencji i wielkości Bożej siły życiowej i zyskałam bezcenne bogactwo życia, jakim obdarował mnie Bóg.

Był 23 stycznia 2004 roku (drugi dzień Chińskiego Nowego Roku). Musiałam odwiedzić pewną siostrę z kościoła, która znalazła się w tarapatach i pilnie potrzebowała pomocy. Ponieważ mieszkała daleko ode mnie, musiałam wcześnie wstać, żeby wziąć taksówkę, by móc wrócić jeszcze tego samego dnia. Wyszłam z domu o brzasku. Oprócz robotników sprzątających śmieci na ulicach nie było żywej duszy. Niespokojnie wypatrywałam taksówki, ale żadnej nie było w pobliżu. Poszłam na postój taksówek, żeby na jakąś zaczekać. Gdy zobaczyłam, że jakaś taksówka nadjeżdża, weszłam na ulicę, by ją zatrzymać, ale okazało się, że był to pojazd należący do Biura Ochrony Środowiska. Zapytali mnie, dlaczego ich zatrzymałam. „Przepraszam, pomyliłam się. Myślałam, że to taksówka”, odparłam. „Naszym zdaniem rozwieszałaś nielegalne plakaty” – odpowiedzieli. „Widzieliście, żebym to robiła? Gdzie te plakaty, które rozwieszałam?”, zapytałam. Nie dając mi szansy obrony, trzech z nich ruszyło w moją stronę i, nie pytając o pozwolenie, przeszukali moją torbę. Wszystko z niej wyciągnęli – kopię kazania, notes, portfel, telefon komórkowy, pager, którego już nie używałam itd. Ich zainteresowanie wzbudziła kopia kazania i notes. Widząc, że nie mam w torebce plakatów, wzięli kopię kazania i powiedzieli: „Może i nie rozwieszałaś nielegalnych plakatów, ale wierzysz w Boga Wszechmogącego”. Potem zadzwonili do Wydziału ds. Religii Brygady Bezpieczeństwa Narodowego. Niebawem przyjechało czterech funkcjonariuszy Brygady Bezpieczeństwa Narodowego. Gdy tylko zobaczyli zawartość mojej torebki, od razu wiedzieli, że jestem wyznawczynią Boga Wszechmogącego. Nie dając mi dojść do słowa, wcisnęli mnie do samochodu, po czym zablokowali drzwi, żebym nie uciekła.

Kiedy przyjechaliśmy do siedziby Biura Bezpieczeństwa Publicznego, policjanci wprowadzili mnie do jakiegoś pokoju. Jeden z nich majstrował przy moim pagerze i telefonie komórkowym, próbując coś znaleźć. Włączył telefon, ale okazało się, że stan baterii jest bardzo niski, po czym telefon padł. Choć ów policjant robił, co w jego mocy, nie mógł włączyć komórki. Trzymając w dłoni telefon, wyglądał na zmartwionego. Ja również byłam zdziwiona – przecież rano naładowałam baterię. Jak to możliwe, że tak szybko się wyładowała? Nagle zdałam sobie sprawę, że w cudowny sposób sprawił to Bóg, by uniemożliwić policji zdobycie jakichkolwiek informacji na temat innych braci i sióstr. Zrozumiałam również wypowiedziane przez Boga słowa: „Wszystkie bez wyjątku rzeczy, tak żywe, jak i martwe, będą przemieszczać się, zmieniać, odnawiać i znikać zgodnie z Bożym zamysłem. W ten właśnie sposób Bóg sprawuje kontrolę nad wszystkimi rzeczami” („Bóg jest źródłem ludzkiego życia” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Rzeczywiście, wszelkie rzeczy i zdarzenia są w ręku Boga. Żywe czy nieożywione, wszystkie rzeczy podlegają zmianie wedle Bożych myśli. Właśnie wtedy zyskałam prawdziwe zrozumienie tego, w jaki sposób Bóg sprawuje pieczę nad wszystkimi rzeczami i wszystko planuje. Co więcej, zyskałam pewność, że muszę zdać się na Boga, by stawić czoła zbliżającemu się przesłuchaniu. Wskazując na rzeczy, które miałam w torebce, policjant spytał oskarżycielskim tonem: „To dowodzi, że z całą pewnością nie jesteś szeregowym członkiem kościoła. Musisz należeć do kadry zarządzającej, musisz być kimś ważnym, bo przywódcy niższego szczebla nie mają pagerów ani telefonów komórkowych. Mam rację?”. „Nie wiem, o czym pan mówi”, odparłam. „Tylko tak udajesz!”, wrzasnął policjant, po czym nakazał, żebym przykucnęła i zaczęła mówić. Widząc, że nie zamierzam współpracować, policjanci otoczyli mnie i zaczęli mnie bić i kopać – jakby chcieli mnie zabić. Z zakrwawioną i opuchniętą twarzą, czując ból w całym ciele, osunęłam się na podłogę. Byłam wściekła. Chciałam im przemówić do rozsądku, wszystko wytłumaczyć: „Co ja takiego zrobiłam? Dlaczego mnie bijecie?” Jednak nie mogłam im przemówić do rozsądku, bo z rządem KPCh nie da się rozmawiać rozsądnie. Byłam zdezorientowana, ale nie chciałam być poddawana takiemu biciu. Nie wiedziałem, co mam robić, ale nagle coś do mnie dotarło: ponieważ wszyscy ci diabelscy policjanci z rządu KPCh zachowują się tak niedorzecznie i są głusi na argumenty, nic im nie muszę mówić. Będzie lepiej, jak zachowam milczenie – w ten sposób na nic im się nie przydam. Jak tylko o tym pomyślałam, przestałam zwracać uwagę na to, co mówią.

Widząc, że ich taktyka nie robi na mnie wrażenia, policjanci wpadli we wściekłość i chwycili się jeszcze bardziej barbarzyńskich metod: zaczęli mnie torturować, żeby wydobyć jakieś zeznania. Przykuli mnie kajdankami do przyśrubowanego do podłogi metalowego krzesła. Byłam w takiej pozycji, że nie mogłam ani przykucnąć, ani stanąć prosto. Jeden z nich położył moją dłoń – tę, która nie była skuta kajdankami – na krześle i zaczął ją miażdżyć butem, przestając dopiero wtedy, gdy cała była posiniaczona, podczas gdy inny policjant zaczął deptać moje stopy swymi skórzanymi buciorami, próbując zmiażdżyć mi palce. Poczułam wtedy niewiarygodny, przeszywający ból, promieniujący wprost do serca. Następnie torturowało mnie na zmianę sześciu czy siedmiu policjantów. Jeden z nich skupił się na moich stawach i ściskał je z taką siłą, że jeszcze miesiąc później nie mogłam zgiąć ręki. Inny chwycił mnie za włosy i zaczął potrząsać na boki moją głową, a potem siłą odgiął ją w tył tak, że patrzyłam w górę. „Przypatrz się niebu i sprawdź, czy jest tam Bóg!”, powiedział z nienawiścią w głosie. Trwało to do zapadnięcia nocy. Ponieważ widzieli, że niczego ze mnie nie wycisną, i ponieważ był Chiński Nowy Rok, wysłali mnie prosto do aresztu.

Kiedy przybyłam do aresztu, strażnik kazał jednej z więźniarek mnie rozebrać i wrzucić moje ubrania do kosza. Następnie zmusili mnie do założenia brudnego, cuchnącego więziennego kombinezonu. Strażnicy zamknęli mnie w celi, a potem rzucili kłamliwie w stronę innych więźniarek: „Ta tutaj robiła, co mogła, żeby rozbić rodziny innych. Zrujnowała masę rodzin. Kłamie, oszukuje uczciwych ludzi i zakłóca porządek publiczny…”. „A dlaczego wygląda na prostą kobietę?”, spytała jedna z więźniarek. Na co strażnicy odparli: „Udaje, żeby uniknąć wyroku. Żadnej z was nie przyszłoby to do głowy, bo jesteście za głupie. Każdy, kto myśli, że jest głupia, jest największym idiotą”. Tak oszukane przez strażników, wszystkie więźniarki stwierdziły, że zostałam potraktowana zbyt łagodnie i że ktoś tak zły jak ja zasługuje tylko na pluton egzekucyjny! Usłyszawszy to, poczułam wściekłość, ale nic nie mogłam zrobić. Na nic się nie zdały moje próby stawienia oporu: sprowadziły na mnie tylko kolejne tortury i akty barbarzyństwa. Strażnicy kazali więźniarkom codziennie recytować regulamin aresztu: „Przyznaj się do popełnionych przestępstw i podporządkuj się prawu. Namawianie innych do popełnienia przestępstwa jest zabronione. Organizowanie się w gangi jest zabronione. Bójki są zabronione. Prześladowanie i obrażanie innych jest zabronione. Fałszywe oskarżanie innych jest zabronione. Zabieranie innym ich jedzenia czy własności jest zabronione. Robienie innym brzydkich kawałów jest zabronione. Więzienni prześladowcy będą tępieni. Każdorazowe naruszenie tych zasad niezwłocznie należy zgłosić strażnikowi więziennemu albo posterunkowemu. Nie wolno zatajać faktów ani chronić więźniów, którzy naruszyli niniejszy regulamin. Regulamin ten należy stosować w sposób humanitarny (…)”. Tymczasem w rzeczywistości strażnicy zachęcali inne więźniarki do znęcania się nade mną, pozwalając im na to, by codziennie mnie dręczyły: kiedy na zewnątrz było minus 8 czy minus 9 stopni, więźniarki nasączały mi buty wodą; w tajemnicy przede mną wlewały mi wodę do jedzenia; wieczorami, kiedy spałam, moczyły mój waciak; kazały mi spać obok kibla, często ściągały ze mnie w nocy kołdrę i ciągnęły mnie za włosy, żebym nie mogła zasnąć; podkradały kluski na parze z mojej porcji; zmuszały mnie do czyszczenia kibla i wpychały mi w usta swoje przeterminowane lekarstwa, nie pozwalały mi się wypróżnić… Jeśli nie chciałam czegoś zrobić, zmawiały się i mnie biły – a wtedy dyżurujący strażnicy częstokroć nagle gdzieś znikali albo udawali, że nic nie widzą; czasem nawet kryli się nieco dalej i wszystko obserwowali. Jeśli więźniarki wytrzymały kilka dni, nie pastwiąc się nade mną, strażnicy i funkcyjni rzucali w ich stronę: „Wycwaniła się głupia suka przez kila ostatnich dni, nie? A wy zmiękłyście. Każda, która da tej głupiej suce szkołę, będzie miała skrócony wyrok”. Brutalność strażników sprawiła, że poczułam do nich nienawiść. Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy i osobiście nie doświadczyła, nigdy nie uwierzyłabym, że rząd KPCh, rzekomo tak dobrotliwy i moralny, może być czymś tak mrocznym, budzącym lęk i przerażającym – nigdy też nie ujrzałabym jego prawdziwej natury, natury oszukańczej i fałszywej. Wszystkie te gadki o „służeniu ludowi, tworzeniu cywilizowanego i harmonijnego społeczeństwa” – to kłamstwa obliczone na oszukiwanie i mamienie ludzi, jest to trik, środek służący temu, by władza mogła się upiększyć i zyskać uznanie, na które nie zasługuje. W tym też czasie przyszły mi na myśl słowa Boga: „Nic dziwnego więc, że Bóg wcielony pozostaje całkowicie ukryty. W tak ciemnym towarzystwie jak to, gdzie demony są bezlitosne i okrutne, jak mógłby król diabłów, który zabija ludzi w mgnieniu oka, tolerować istnienie Boga, który jest wspaniały, życzliwy, a także święty? Jak mógłby oklaskiwać i przyjmować wiwatami przybycie Boga? Te pachołki! Za życzliwość odwzajemniają się nienawiścią, już od dawna gardzą Bogiem, lżą Boga, są skrajnie dzicy, nie mają najmniejszego szacunku dla Boga, grabią i łupią, utracili wszelkie sumienie i nie mają śladu życzliwości, a kuszą niewinnego do nieprzytomności. Dawni przodkowie? Umiłowani przywódcy? Sprzeciwiają się Bogu! Ich ingerencje pozostawiły wszystko pod niebem w stanie ciemności i chaosu! Wolność religijna? Uzasadnione prawa i interesy obywateli? Wszystko to sztuczki, by ukryć grzech!” („Dzieło i wejście (8)” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Porównując Boże słowa z rzeczywistością, z całą wyrazistością zobaczyłam mroczną i demoniczną istotę rządu KPCh. Aby utrzymać swą mroczną władzę, KPCh trzyma ludzi w żelaznym uścisku i nie cofa się przed niczym, mamiąc ich i oszukując. Udaje, że ma na celu zapewnienie ludziom wolności religijnej, lecz w tajemnicy na terenie całego kraju aresztuje, uciska, prześladuje i morduje ludzi, którzy wierzą w Boga, a nawet usiłuje ich wszystkich zabić. Jakże złym, brutalnym wstecznikiem jest diabeł! Gdzie jest wolność? Gdzie prawa człowieka? Czyż wszystko to nie są triki mające zwodzić ludzi? Czy żyjąc pod tą mroczną władzą, ludzie mogą dojrzeć błysk nadziei czy światła? Jak mają swobodnie wierzyć w Boga i dążyć do prawdy? Dopiero wtedy zrozumiałam, że Bóg rozmyślnie pozwolił, by spotkały mnie prześladowania i udręki, i że posłużył się nimi, by ukazać mi nikczemność i brutalność władzy KPCh – by pokazać mi jej demoniczną istotę, nieprzyjazną prawdzie i wrogą wobec Boga, i by mi dowieść, że policja ludowa, którą władza gorliwie promuje i zachwala jako bat na zło, popleczniczkę dobra i promotorkę sprawiedliwości, jest wspólniczką zbrodni i troskliwie wykarmionym przez tę władzę pachołkiem, że jest to zgraja oprawców o twarzach ludzi, lecz sercach bestii, gotowych zabijać bez mrugnięcia okiem. Chcąc mnie zmusić do odrzucenia i zdrady Boga oraz do poddania się swej despotycznej władzy, KPCh torturowała i maltretowała mnie bez opamiętania – a jednak partia nie miała pojęcia, że im bardziej mnie torturuje, tym wyraźniej widzę jej diabelską twarz i tym bardziej pogardzam nią i z całego serca ją odrzucam, prawdziwie łaknąc Boga i Mu ufając. Co więcej, to właśnie za sprawą tortur, jakim poddawali mnie strażnicy, niespodziewanie zaczęłam rozumieć, co tak naprawdę znaczy miłość do tego, co kocha Bóg, i nienawiść do tego, czego Bóg nienawidzi; co to znaczy odwrócić się do szatana plecami, sercem zaś zwrócić się do Boga; co znaczy być barbarzyńcą; czym są siły ciemności; a ponadto – co znaczy być złym i podstępnym, fałszywym i kłamliwym. Byłam wdzięczna Bogu za to, że pozwolił mi doświadczyć tego środowiska, że pozwolił mi ujrzeć różnicę między dobrem i złem, a nawet jeszcze więcej: że pozwolił mi obrać właściwą drogę życia. Moje serce – od tak dawna mamione przez szatana – w końcu obudziło się dzięki Bożej miłości. Czułam, że w tym, iż miałam szczęście doświadczyć tych udręk i próby, kryje się głęboki sens, i że naprawdę okazano mi szczególną łaskę.

Spróbowawszy wszystkiego innego, diabelska policja przedsięwzięła jeszcze jeden plan: znaleźli sobie Judasza, który sprzedał mój kościół. Owa kobieta powiedziała, że wierzę w Boga Wszechmogącego, próbowała również sprawić, bym odwróciła się do Boga. Widząc tę złą służkę, denuncjującą wiele sióstr i wielu braci, którzy krzewili ewangelię, a także słysząc wszystkie niegodziwe słowa wylewające się z jej ust – słowa szkalujące, spotwarzające, pełne bluźnierstwa przeciw Bogu – poczułam wielki gniew w sercu. Chciałam na nią krzyknąć, zapytać, skąd tak niewyobrażalna wrogość wobec Boga. Jak to się stało, że choć doświadczyła tylu Bożych łask, połączyła siły ze złymi demonami, by prześladować wybrańców Boga? W moim sercu zagościł niewysłowiony smutek i ból. Miałam też wielkie wyrzuty sumienia i poczucie, że mam dług wdzięczności; prawdziwie siebie nienawidziłam za to, że w przeszłości nie próbowałam dążyć do prawdy i że niczym naiwne dziecko jedynie cieszyłam się Bożą łaską i Bożymi błogosławieństwami, w ogóle nie myśląc o cierpieniu i upokorzeniach, jakie znosił Bóg przez wzgląd na nasze zbawienie. Dopiero teraz, kiedy znalazłam się w czeluściach tej nory szatanów, uzmysłowiłam sobie, jak trudno było Bogu dokonywać swego dzieła w tym plugawym, skorumpowanym kraju i jak wielkiego doświadczył On bólu! Zaprawdę, miłość Boga do człowieka pociąga za sobą wielkie cierpienie. Dokonuje On dzieła zbawienia ludzkości, a równocześnie znosi zdradę człowieka, która przysparza Mu tylko cierpień i krzywd. Nic dziwnego, że Bóg kiedyś powiedział: „Nawet w ciągu jednej nocy mogą przejść przemianę z uśmiechniętego, »życzliwego« człowieka w ohydnego i okrutnego zabójcę, traktując nagle wczorajszego dobroczyńcę jak śmiertelnego wroga bez widocznej przyczyny” („Dzieło Boga i praktykowanie przez człowieka” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Dzisiaj, chociaż wpadłam w szpony diabła, nie zdradzę Boga, choćby nie wiem co. Niezależnie od tego, jaką będę znosić niedolę, nie stanę się Judaszem, by ocalić własną skórę, nie przysporzę też Bogu bólu ani smutku. Ponieważ zostałam zdradzona przez tego Judasza, diabelska policja wzmogła swoje tortury, zaś owa kobieta stanęła obok mnie i powiedziała: „Nie odróżniasz dobra od zła. Sama jesteś sobie winna! Nie doceniasz mojej dobroci. Zasługujesz na to, by zamęczyli cię na śmierć!”. Słysząc te nikczemne, złe słowa, zapłonęłam gniewem – lecz jednocześnie poczułam niewysłowiony smutek. Chciało mi się płakać, ale wiedziałam, że mi nie wolno; nie chciałam, aby szatan ujrzał moją słabość. Skrycie modliłam się w sercu: „Boże! Chciałabym, byś pozyskał moje serce. Choć nie mogę w tej chwili nic dla Ciebie uczynić, chciałabym nieść o Tobie zwycięskie świadectwo przed szatanem i tą łajdaczką, ostatecznie ich zawstydzić, w ten sposób przynosząc pociechę Twemu sercu. Boże! Obyś strzegł moje serce i uczynił mnie silniejszą. Jeśli mam płakać, to niech łzy popłyną do wewnątrz – nie mogę pozwolić, by zobaczyli, jak płaczę. Powinnam być szczęśliwa, ponieważ rozumiem prawdę: zdmuchnąłeś pył z moich oczu, dzięki czemu mogłam rozróżnić i wyraźnie uchwycić naturę i istotę szatana, będące przeciwstawianiem się Tobie i zdradą wobec Ciebie. Przechodząc oczyszczenie, dostrzegłam również, jak zarządzasz wszystkim swoją mądrą dłonią. Pragnę we wszystkim zdać się na Ciebie, by stawić czoła czekającemu mnie przesłuchaniu i pokonać szatana oraz aby przynieść Ci chwałę”. Po tej modlitwie poczułam w sercu siłę, by spocząć dopiero wtedy, gdy dopełnię swego świadectwa o Bogu. Wiedziałam, że otrzymałam to od Boga, że Bóg zapewnił mi wspaniałą ochronę i wielce mnie zmotywował. Diabelska policja chciała się posłużyć tą nikczemną kobietą, by skłonić mnie do zdrady Boga, ale Bóg jest Bogiem mądrym, i posłużył się tą łajdaczką jako narzędziem kontrastu, żeby mi pokazać buntowniczą naturę zepsutej ludzkości, tym samym umacniając mnie w mojej determinacji i wierze – żebym mogła zadowolić Boga. Co więcej, zyskałam pewną wiedzę o mądrym dziele Boga, zrozumiałam też, że Bóg rządzi i manipuluje wszystkim, co istnieje, aby doskonalić Boży lud. To, że Bóg czyni użytek z mądrości, aby pokonać szatana, jest niekwestionowanym faktem.

Widząc, że nie uda im się mnie wyciągnąć jakichkolwiek informacji, na których im zależało, policjanci nie szczędzili trudu – czy to siły ludzkich mięśni, czy to zasobów materialnych i finansowych – w rożnych miejscach szukając dowodu, że wierzę w Boga. Po trzech miesiącach nic się nie zmieniło, a ich starania spełzły na niczym. W końcu wyciągnęli asa z rękawa: znaleźli specjalistę od przesłuchań. Podobno każdy, kogo doń sprowadzano, był poddawany trzem rodzajom tortur, które dotychczas były skuteczne wobec wszystkich. Pewnego dnia przyszli do mnie czterej funkcjonariusze i powiedzieli: „Zabieramy cię dzisiaj do nowego domu”. Po czym wcisnęli mnie do więźniarki, kajdankami skuli ręce na plecach, a na głowę założyli kaptur. Myślałam, że chcą mnie gdzieś wywieźć, żeby w tajemnicy mnie rozstrzelać. Nie potrafiłam zapanować nad wypełniającym moje serce uczuciem paniki. Ale potem pomyślałam o hymnie, który zwykłam śpiewać, kiedy uwierzyłam w Jezusa: „Od samego początku istnienia kościoła ci, którzy idą za Panem, muszą płacić wysoką cenę. Dziesiątki tysięcy członków duchowej rodziny poświęciło się dla ewangelii, osiągając w ten sposób życie wieczne. Bądź męczennikiem Pana, bądź męczennikiem Pana, jestem gotów stać się męczennikiem Pana”. Tamtego dnia w końcu zrozumiałam ten werset hymnu: ci, którzy idą za Panem, muszą zapłacić wysoką cenę. Ja również byłam gotowa umrzeć dla Pana. Ku mojemu zaskoczeniu, znalazłszy się w furgonetce, niechcący usłyszałam rozmowę diabelskich policjantów. Wyglądało na to, że wiozą mnie na kolejne przesłuchanie. Ach! Nie wieźli mnie na egzekucję – a już byłam przygotowana na śmierć jako męczennica Boga! Gdy tylko o tym pomyślałam, z jakiegoś nieznanego mi powodu jeden z policjantów zacisnął sznur kaptura, który miałam na głowie. Wkrótce zaczęłam odczuwać silny dyskomfort – miałam wrażenie, jakby chcieli mnie udusić. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę zamierzają zamęczyć mnie na śmierć. W owej chwili pomyślałam o tym, jak uczniowie Jezusa poświęcili się, żeby głosić ewangelię. Nie zamierzałam być tchórzem. Nawet gdybym miała umrzeć, ani myślałam ich błagać o poluzowanie sznura, a tym bardziej nie zamierzałam przyznać się do porażki. Nie potrafiłam jednak zapanować nad sobą: straciłam przytomność i osunęłam się na nich. Widząc, co się stało, policjanci szybko poluzowali sznurek kaptura. Miałam pianę na ustach i nie mogłam przestać wymiotować, jakbym miała zwrócić wszystkie wnętrzności. Miałam zawroty głowy i czułam w głowie pustkę, nie mogłam otworzyć oczu. Byłam bez sił, jakby sparaliżowana. Czułam w ustach coś lepkiego, czego nie mogłam się pozbyć. Zawsze byłam delikatna i po tak brutalnym traktowaniu czułam, że jestem w tarapatach i że w każdej chwili mogę umrzeć. Pośród bólu modliłam się do Boga: „Boże! Obojętne, czy będę żyła, czy umrę, jestem gotowa być Ci posłuszna. Ufam, że wszystko, co czynisz, jest sprawiedliwe, dlatego proszę, żebyś czuwał nad moim sercem, tak bym mogła podporządkować się temu wszystkiemu, co zaplanujesz i koordynujesz”. Jakiś czas później furgonetka zajechała pod budynek hotelu. Czułam olbrzymią słabość i nie mogłam otworzyć oczu. Zanieśli mnie do jakiegoś dźwiękoszczelnego pokoju. Słyszałem w nim tylko dźwięki wydawane przez otaczających mnie pachołków władzy KPCh, którzy rozmawiali o mnie i mówili, że jestem jak druga Liu Hulan. „Ależ odkrycie, to imponujące! – mówili. – Jest jeszcze twardsza niż Liu Hulan!”. Gdy to usłyszałam, poczułam w sercu falę ekscytacji. Zrozumiałam, że zdanie się na wiarę i na Boga na pewno przyniesie zwycięstwo nad szatanem i że szatan leży u stóp Boga! Dziękowałam Bogu i Go wysławiałam. W owej chwili zapomniałam o bólu. Mogąc sławić Boga, czułam niesamowitą satysfakcję.

Wkrótce potem przybył „ekspert od przesłuchań”, o którym mówili policjanci. Już od progu krzyknął: „Gdzie ta głupia suka? Niech się jej przyjrzę!”. Stanął przede mną i chwycił mnie w swoje łapska. Uderzywszy mnie kilkanaście razy w twarz, zadał mi kilka silnych ciosów w klatkę piersiową i w plecy, a potem ściągnął swój skórzany but i uderzył mnie nim w twarz. Pobił mnie tak, że nie miałam już uczucia, jakby w moich ustach i żołądku było coś, czego nie mogę się pozbyć. Nie czułam się już jak oszołomiona i mogłam otworzyć oczy. Stopniowo odzyskiwałam czucie w kończynach i czułam, jak wracają mi siły. Następnie brutalnie chwycił mnie za ramiona i pchnął mnie na ścianę, nakazując, bym na niego patrzyła i odpowiadała na pytania. Widząc, że nie zwracam na niego uwagi, wściekł się i próbował wywołać jakąś reakcję z mojej strony, szkalując i oczerniając Boga oraz bluźniąc przeciw Niemu. Stosował najbardziej godne pogardy, najplugawsze środki, by mnie sprowokować, i rzekł do mnie złowieszczo: „Celowo dręczę cię tym, co nieznośne dla twojego ciała i duszy, żebyś cierpiała ból, którego normalny człowiek nie udźwignie: wkrótce będziesz się modliła o śmierć. Na koniec będziesz mnie błagała, żebym zostawił cię w spokoju i dopiero wtedy zaczniesz mówić z sensem i przyznasz, że twój los nie jest w rękach Boga, ale w moich. Jeśli zechcę, żebyś umarła, od razu tak się stanie. Jeśli zechcę, żebyś żyła, będziesz żyła; obojętne, jak wielki ból zechcę ci zadać, ty będziesz go znosić. Twój Bóg Wszechmogący cię nie ocali – przeżyjesz tylko jeśli będziesz nas błagać, żebyśmy cię oszczędzili”. Stojąc twarzą w twarz z tymi plugawymi, bezwstydnymi, nikczemnymi łotrami, tymi dzikimi zwierzętami, tymi złymi demonami, naprawdę chciałam się na nich rzucić. „Wszystkie rzeczy na niebie i ziemi zostały stworzone przez Boga i podlegają Jego władzy”, pomyślałam. „Mój los również podlega władzy i zarządzeniom Boga. Bóg jest Sędzią życia i śmierci; wydaje wam się, że umrę tylko dlatego, że wy tak chcecie?”. W tej chwili moje serce wypełniała wściekłość. Wydawało mi się, że nie uda mi się jej opanować; chciałam się rozpłakać, odpowiedzieć na ich ciosy, oświadczyć im: „Człowiek nigdy nie będzie błagał o litość psa!”. Wierzyłam, że oto rozwija się we mnie zmysł sprawiedliwości – ale, ku własnemu zaskoczeniu, im więcej myślałam w ten sposób, tym mroczniejsze stawało się moje wnętrze. Stwierdziłam, że nie umiem zdobyć się na słowa modlitwy, że nie przychodzą mi na myśl żadne hymny. Moje myśli się zmąciły, nie wiedziałam, co mam robić, i wtedy zaczęłam trochę się bać. Szybko wyciszyłam się przed Bogiem. Zastanowiłam się nad sobą, spróbowałam poznać siebie chwili od razu przyszły mi do głowy słowa Bożego osądu: „To, co podziwiasz, to nie pokora Chrystusa (…). Nie kochasz piękna ani mądrości Chrystusa (…)” („Czy jesteś prawdziwie wierzącym w Boga?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Tak, postrzegałam Chrystusa jako zbyt mało znaczącego, podziwiałam też władzę i wpływy, nie zaś pokorę Chrystusa, a w jeszcze mniejszym stopniu podziwiałam mądrość ukrytego dzieła Bożego. Bóg posługuje się swą mądrością, by pokonać szatana, oraz posługuje się swą pokorą i skrytością, żeby odsłonić prawdziwą twarz szatana i zgromadzić dowody w celu ukarania nikczemnych. A zatem wszystkie nikczemne czyny, jakich policjanci dopuścili się wobec mnie, oraz wszystkie bluźnierstwa i wymierzone przeciw Bogu słowa, które dzisiaj wypowiedzieli, wyraźnie obnażają ich demoniczną istotę – ich nienawiść do prawdy i bunt przeciw Bogu – i będą stanowić dowody niezbędne do tego, aby Bóg ich potępił, ukarał i zniszczył. Nie udało mi się jednak dostrzec mądrości i pokory Chrystusa, myśląc zaś, że „osoba miła jest zastraszana, tak jak uległy koń jest często ujeżdżany”, nie chciałam być upokarzana i gnębiona. Wierzyłam nawet, że stawianie oporu będzie najsłuszniejszą, najgodniejszą i najodważniejszą z możliwych reakcji. Nie wiedziałam, że szatan chce mnie sprowokować do walki z nimi, zmuszając mnie do przyznania, że wierzę w Boga – by mogli mnie skazać. Czy gdybym naprawdę zaczęła z nimi walczyć, kierowana swoją impulsywną odwagą – nie padłabym ofiarą ich oszukańczych intryg? Byłam naprawdę wdzięczna Bogu za to, że w stosownym czasie skarcił mnie i osądził, dzięki czemu mimo mojego buntu zyskałam ochronę i mogłam przejrzeć podstępne knowania szatana, rozpoznać obecność szatańskiego jadu we mnie samej i zyskać pewną wiedzę o tym, czym jest Bóg oraz istota pokornego, ukrytego życia Boga. Pomyślałam o tym, jak Chrystus musi stawiać czoła temu, że jest prześladowany, tropiony i zabijany przez diabelską KPCh i o tym, że cała ludzkość Go osądziła, potępiła, oczerniła i porzuciła. A przez cały ten czas On znosił wszystko w milczeniu, nigdy się nie skarżąc, wytrzymując cały ten ból, by wypełnić swoje dzieło zbawienia. Oto zobaczyłam, jak pełne łagodności i piękna, i jak czcigodne jest Boże usposobienie! A w międzyczasie ja – plugawa, zepsuta osoba – zapragnęłam posłużyć się swoją impulsywną odwagą, by zachować własną rzekomą godność i walczyć o sprawiedliwość wyłącznie siłą własnej woli, prześladowana przez złe demony. Gdzie w tym wszystkim było poczucie sprawiedliwości? Siła charakteru i godność? Czyż ja sama nie ujawniłam wówczas własnej obmierzłej szatańskiej twarzy? Czyż nie ujawniłam swojej aroganckiej natury? Gdy o tym myślałam, moje serce wypełniły wyrzuty sumienia. Postanowiłam, że będę naśladować Chrystusa. Odtąd byłam gotowa podporządkować się okolicznościom, w jakich się znalazłam, i uczynić co tylko w mojej mocy, by współpracować z Bogiem, nie dając szatanowi żadnej szansy.

Moje serce się uspokoiło i w milczeniu oczekiwałam na następną rundę tej walki z demonami. Moja odmowa przyznania się do czegokolwiek kosztowała rzekomego mistrza przesłuchań utratę twarzy. Wściekle wykręcił mi jedną rękę na plecy, a drugą za ramię i ciasno skuł mnie kajdankami. Po niespełna trzydziestu minutach duże krople potu zaczęły mi ściekać po twarzy i wpadać do oczu, tak że nie mogłam ich otworzyć. Widząc, że nadal nie zamierzam odpowiadać na jego pytania, przesłuchujący rzucił mnie na podłogę, a potem uniósł mnie, trzymając za kajdanki. Natychmiast poczułam rozdzierający ból rąk, jakby mi je złamano. Tak bardzo mnie bolało, że z trudem oddychałam. Następnie pchnął mnie na ścianę i kazał pod nią stać. Pot zalewał mi oczy. Czułam wielki ból i całe moje ciało spływało potem – nawet w butach miałam mokro. Zawsze byłam wątła i w owej chwili upadłam. Mogłam jedynie ciężko dyszeć. Demon stał z boku i patrzył na mnie. Nie wiem, co zobaczył – może się bał, że jeśli umrę, obwinią go o to – ale szybko wziął garść chusteczek higienicznych i otarł mój pot, po czym podał mi kubek wody. Robił to mniej więcej co pół godziny. Nie wiem, jak wtedy wyglądałam. Zdaje się, że raczej przerażająco, bo mogłam tylko ciężko oddychać ustami, jakbym straciła zdolność wciągania powietrza nosem. Wargi miałam spieczone i spękane, a oddychałam resztką sił. Znowu poczułam zbliżającą się śmierć – może tym razem naprawdę umrę. Ale właśnie wtedy Duch Święty mnie oświecił. Pomyślałam o Łukaszu, jednym z uczniów Jezusa, i o tym, że został skazany na śmierć przez powieszenie. Nagle poczułam w sercu przypływ sił i raz za razem powtarzałam sobie jedną jedyną rzecz: „Łukasz umarł powieszony. Ja też muszę być Łukaszem, muszę być Łukaszem, być Łukaszem… Chętnie wypełniam Boży plan i Boże zarządzenia, chcę być wobec Boga lojalna aż do śmierci – jak Łukasz”. Gdy ból stał się nie do zniesienia, a ja znalazłam się na granicy śmierci, nagle usłyszałam, jak jeden z policjantów mówi, że aresztowano kilku braci i kilka sióstr, wierzących w Boga Wszechmogącego. Byłam wstrząśnięta: więcej braci i sióstr trafi na tortury. Ze szczególną brutalnością obchodzili się z braćmi. Moje serce wypełniła troska. Bezgłośnie modliłam się za nich, prosząc Boga, by ich strzegł i pozwolił im nieść zwycięskie świadectwo przed szatanem, by nigdy nie zdradzili Boga, ponieważ nie chciałam, żeby jakikolwiek brat czy siostra cierpieli tak, jak ja cierpiałam. Być może dotknął mnie Duch Święty; modliłam się bez ustanku, im zaś intensywniej się modliłam, tym bardziej byłam natchniona. Nie zdając sobie z tego sprawy, zapomniałam o bólu. Dobrze wiedziałam, że są to mądre zarządzenia Boga; Bóg miał na uwadze moją słabość i prowadził mnie przez ten najbardziej bolesny dla mnie czas. Owej nocy nie dbałam już o to, jak traktuje mnie zła policja, nie zwracałam też najmniejszej uwagi na zadawane mi pytania. Widząc, co się dzieje, policjanci puścili w ruch pięści i zmasakrowali mi twarz, a potem chwycili mnie za włosy i zaczęli za nie ciągnąć. Moje uszy były opuchnięte od wykręcania, moja twarz była zniekształcona nie do poznania, moje pośladki i uda były całe w siniakach i ranach, ponieważ bili mnie grubym kawałkiem drewna, którym miażdżyli mi też palce u stóp, tak że były całe posiniaczone. Ponieważ policjanci przez sześć godzin podwieszali mnie za skute kajdankami ręce, kiedy je rozkuto, mięso poniżej kciuka lewej ręki prawie odeszło od kości, trzymała się na niej tylko cienka warstwa. Ponadto nie było mowy, żeby ponownie założyć mi kajdanki, ponieważ ich ucisk sprawił, że cały lewy nadgarstek pokrywały żółte pęcherze. Wówczas do pokoju weszła policjantka, robiąca wrażenie wysoko postawionej. Zlustrowała mnie od stop do głów i powiedziała: „Tej nie możecie już więcej bić – wygląda, jakby zaraz miała umrzeć”.

Policjanci zamknęli mnie w jednym z pokoi hotelowych. Zasłony przez całą dobę były szczelnie zasunięte. Wyznaczono kogoś do pilnowania drzwi, do pokoju nie miał wstępu nikt z obsługi, nikt też nie mógł zobaczyć, jak mnie torturują i maltretują. Przesłuchiwali mnie po kolei bez chwili wytchnienia. Przez pięć dni i nocy nie pozwolili mi spać, nie pozwolili mi usiąść ani przykucnąć, nie mogłam też nic zjeść. Wolno mi było tylko stać opierając się o ścianę. Któregoś dnia przyszedł mnie przesłuchać jakiś urzędnik. Widząc, że go ignoruję, wpadł we wściekłość i kopniakiem posłał mnie pod stół. Następnie mnie stamtąd wyciągnął i zdzielił mnie w twarz, aż z kącika ust popłynęła mi krew. Chcąc uniknąć sytuacji, w której ktoś zobaczyłby jego brutalność, szybko zamknął drzwi, by nikt nie wszedł do pokoju. Następnie oderwał pełną garść papieru higienicznego i otarł mi krew z twarzy, przemywając ją wodą i ścierając krew z podłogi. Rozmyślnie poplamiłam krwią swój biały sweter. Kiedy jednak wróciłam do aresztu, policjanci powiedzieli pozostałym więźniarkom, że obecność krwi na moim ubraniu trzeba złożyć na karb mojego – poświadczonego – pobytu w szpitalu psychiatrycznym, w którym, jak powiedzieli, spędziłam ostatnie siedem dni. Rany i krew na moim ciele to sprawka pacjentów – oni, policja, nawet mnie nie tknęli… To okrucieństwo było dla mnie dowodem bezwzględności, podstępnej chytrości i bestialstwa policji ludowej. Poczułam bezradność i rozpacz tych, którzy wpadli im w ręce. Jednocześnie głęboko doceniłam sprawiedliwość, świętość, świetlistość i dobroć Boga oraz zyskałam poczucie, że wszystko, co od Boga pochodzi, jest miłością, opieką, oświeceniem, bezpieczeństwem, pociechą i wsparciem. Ilekroć mój ból osiągał apogeum, Bóg zawsze mnie oświecał i prowadził, dodając mi wiary i siły, pozwalając mi naśladować ducha świętych, którzy w ciągu wieków zginęli śmiercią męczeńską dla Boga, tym samym dodając mi odwagi, bym mogła opowiedzieć się po stronie prawdy. Kiedy wskutek barbarzyństwa nikczemnych policjantów znalazłam się na skraju śmierci, Bóg sprawił, że usłyszałam wieści o aresztowaniu innych braci i sióstr, i wykorzystał ten fakt, by dać mi impuls do modlitwy za nich, tak że w końcu zapomniałam o własnym bólu i – nawet tego nie wiedząc – przezwyciężyłam ograniczenia śmierci. Dzięki temu, że szatan działał jako złe i nikczemne narzędzie kontrastu, przekonałam się, że tylko usposobienie Boga jest symbolem sprawiedliwości i dobroci. Tylko Bóg wszystkim włada i wszystkim zarządza. Posłużył się On swą wielką mocą i mądrością, by czuwać nad każdym moim krokiem, tak bym mogła przetrwać oblężenie legionu demonów, bym mogła przezwyciężyć słabość ciała i ograniczenia śmierci, tym samym umożliwiając mi przetrwanie w tej mrocznej jamie. Kiedy pomyślałam o Bożej miłości i o Bożym zbawieniu, poczułam wielkie natchnienie i postanowiłam walczyć z szatanem do samego końca. Nawet jeśli miałabym zgnić w więzieniu, będę nieustępliwie trwała przy swoim świadectwie i uraduję Boga.

Pewnego dnia wielu funkcjonariuszy, których nigdy wcześniej nie spotkałam, przyszło mi się przyjrzeć i omówić mój przypadek. Mimowolnie podsłuchałam, jak rzekomy „mistrz przesłuchań” mówi: „Jeszcze nigdy, na żadnym z moich przesłuchań nie potraktowałem nikogo tak ostro jak tę głupią sukę. Przez osiem godzin podwieszałem ją za kajdanki (tak naprawdę trwało to sześć godzin, ale chciał się popisać w obawie, że jego przełożony powie, że facet jest do niczego), a ona nadal się nie przyznaje”. Usłyszałam, jak jakaś kobieta mówi: „Jak mogłeś aż tak pobić tę kobietę? Jesteś zwierzęciem”. Okazało się, że spośród wszystkich aresztowanych ja ucierpiałam najbardziej. Dlaczego tak bardzo ucierpiałam? Czy byłam bardziej skażona od innych? Czy moje cierpienie było wymierzoną mi przez Boga karą? Może było we mnie zbyt wiele zepsucia i już wcześniej osiągnęłam etap, na którym trzeba było mnie ukarać? Myśląc o tym, nie mogłam powstrzymać łez. Wiedziałam, że nie wolno mi płakać. Nie mogłam dopuścić do tego, by szatan widział moje łzy – gdyby tak się stało, myślałby, że zostałam pokonana. Nie mogłam jednak zapanować nad smutkiem w sercu, a po moich policzkach pociekły łzy. Pośród tej rozpaczy mogłam tylko wołać do Boga: „Boże! Czuję w tej chwili głęboki smutek. Cały czas chce mi się płakać. Proszę, chroń mnie, nie pozwól, bym skłoniła głowę przed szatanem – nie mogę dopuścić, by zobaczył moje łzy. Wiem, że stan, w jakim się znajduję, jest niewłaściwy. Stawiam Ci żądania i się uskarżam. Wiem też, że niezależnie od tego, co czynisz, jest to najlepsze – jednak moja postawa jest zbyt niedojrzała, buntownicze usposobienie zbyt rozbuchane i nie potrafię łatwo się z tym pogodzić; nie wiem też, co powinnam robić, żeby wyjść z tego niewłaściwego stanu. Proszę, byś mnie prowadził, pozwolił mi podporządkować się Twoim planom i zarządzeniom oraz nigdy więcej nie dopuścił, bym błędnie Cię zrozumiała czy o coś Cię obwiniała”. Kiedy tak się modliłam, przyszedł mi do głowy pewien fragment Bożych słów: „Ty też musisz pić z gorzkiego kielicha, z którego ja piłem (to właśnie powiedział po zmartwychwstaniu), ty też musisz iść ścieżką, którą podążałem, musisz oddać za Mnie swoje życie” („Jak Piotr poznał Jezusa” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Natychmiast przestałam płakać. Cierpienia istot stworzonych w ogóle nie da się porównać z cierpieniami Chrystusa, żadna z tych istot nie zdołałaby znieść cierpień Chrystusa – a tymczasem ja miałam poczucie krzywdy i uskarżałam się przed Bogiem, że to nie w porządku, iż musiałam przejść przez pewne trudności. Gdzie w tym sumienie i rozum? Jakże ktoś mógłby mnie nazwać ludzką istotą? Potem pomyślałam o tym, co powiedział Bóg: „Jednakże zepsucie w ludzkiej naturze musi zostać wyeliminowane poprzez próby. Musisz zostać oczyszczony we wszystkich tych aspektach, w których nie jesteś czysty – takie jest Boże zarządzenie. Bóg stwarza ci odpowiednie warunki, zmuszając cię, byś się w nich oczyścił i mógł poznać własne zepsucie” („Jak pośród prób zadowolić Boga” w księdze „Zapisy przemówień Chrystusa”). Rozważając Boże słowa i zastanawiając się nad sobą, zrozumiałam, że to, co zaplanował Bóg, wymierzone było w moje zepsucie i moje słabości – i że właśnie to było mi w życiu potrzebne. Tylko poprzez to nieludzkie cierpienie i udręki byłam w stanie sobie uświadomić, że zdecydowanie za bardzo folguję ciału, że jestem samolubna, nikczemna, zbyt wymagająca w stosunku do Boga i nie jestem skłonna, by dla Niego cierpieć i nieść o Nim nieskazitelne świadectwo. Gdybym nie doświadczyła tego cierpienia, nadal miałabym błędne wrażenie, że już zadowoliłam Boga; nigdy bym sobie nie uświadomiła, że nadal tkwią we mnie zepsucie i buntowniczość, zaś w jeszcze mniejszym stopniu mogłabym z pierwszej ręki doświadczyć, jak trudno jest Bogu wykonywać Jego dzieło wśród zepsutej ludzkości, aby ją zbawić. Nigdy też tak naprawdę nie porzuciłabym szatana i nie wróciła przed oblicze Boga. We wszystkich tych trudnościach przejawiała się Boża miłość do mnie, szczególne błogosławieństwo, jakim zostałam obdarzona. Gdy zrozumiałam Bożą wolę, nagle poczułam jasność i czystość w sercu. Zniknęło poczucie, że nie rozumiem Boga. Tego dnia poczułam, jak wielką wartość i sens ma to, że jestem w stanie znosić niedolę.

Wypróbowawszy wszystkie możliwe środki, policjanci niczego ze mnie nie wydobyli. W końcu stwierdzili z przekonaniem: „KPCh jest jak stal, ale ci, którzy wierzą w Boga Wszechmogącego, są jak diament – pod każdym względem są lepsi od KPCh”. Słysząc te słowa, mogłam się w sercu tylko cieszyć i wysławiać Boga: „Boże, dziękuję Ci i Cię wysławiam! Dzięki swej wszechmocy i mądrości zwyciężyłeś szatana i pokonałeś swoich wrogów. Jesteś najwyższym panem, niechaj Cię opromieni chwała!”. Dopiero w owej chwili pojęłam, że niezależnie od tego, jak okrutna byłaby KPCh, władza i kontrola nad nią są w rękach Boga. Tak jak głoszą Boże słowa: „Wszystkie rzeczy w niebiosach i na ziemi muszą dostać się pod jego panowanie. Nie mogą mieć żadnego wyboru i wszystkie muszą poddać się Jego planowym działaniom. Zostało to zarządzone przez Boga i stanowi autorytet Boga” („Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą idzie człowiek” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”).

Pewnego dnia policjanci przyszli, by poddać mnie kolejnemu przesłuchaniu. Tym razem wszyscy wydawali się nieco dziwni. Rozmawiając, patrzyli na mnie, ale nie wydawało się, by zwracali się właśnie do mnie. Sprawiali wrażenie, jakby o czymś dyskutowali. Podobnie jak wcześniej, również i to przesłuchanie spełzło na niczym. Później funkcjonariusze zabrali mnie z powrotem do celi. Idąc tam, w pewnej chwili usłyszałam, jak mówią, że wygląda na to, iż wypuszczą mnie pierwszego następnego miesiąca. Kiedy to usłyszałam, z ekscytacji serce niemal wyskoczyło mi z piersi: „To znaczy, że za trzy dni będę wolna!”, pomyślałam. „W końcu mogę zostawić to piekło pełne demonów!”. Tłumiąc radość wypełniającą moje serce, niecierpliwie śledziłam upływ mijających sekund. Te trzy dni były dla mnie jak trzy lata. W końcu nadszedł pierwszy dzień kolejnego miesiąca! Tego dnia uporczywie wpatrywałam się drzwi, czekając, aż ktoś wywoła moje nazwisko. Minął poranek i nic się nie stało. Wszystkie swoje nadzieje ulokowałam w myśli, że wyjdę po południu – ale nastał wieczór, a nadal nic się nie wydarzyło. Kiedy nadszedł czas wieczornego posiłku, nie chciało mi się jeść. W sercu miałam poczucie straty; w owej chwili czułam się tak, jakby moje serce spadło z nieba w czeluść piekła. „Dlaczego ona nie je?”, zapytał strażnik więzienny. „Niewiele zjadła, odkąd tamtego dnia wróciła z przesłuchania”, odparła jedna z więźniarek. „Dotknij jej czoła; nie ma gorączki?”, powiedział strażnik. Jedna z więźniarek podeszła do mnie i dotknęła mojego czoła. Powiedziała, że jest bardzo rozpalone i że mam gorączkę, i rzeczywiście tak było. Choroba pojawiła się nagle i mój stan był bardzo poważny. Chwilę później osunęłam się na posadzkę. W ciągu dwóch następnych godzin gorączka wciąż rosła. Rozpłakałam się. Wszyscy, łącznie ze strażnikiem, patrzyli, jak płaczę. Wszyscy byli skonsternowani: postrzegali mnie jako osobę, która ani nie dała się skusić marchewką, ani nie przestraszyła się kija, ani razu nie uroniła łzy w obliczu bolesnych tortur i bez jęku wytrzymała sześciogodzinne podwieszanie za kajdanki. A teraz, nie poddawana żadnym torturom, płakałam. Nie wiedzieli, dlaczego płaczę – po prostu myśleli, że muszę być bardzo chora. W istocie, tylko Bóg i ja sama znaliśmy przyczynę, czyli moja buntowniczość i moje nieposłuszeństwo. Łzy płynęły mi po twarzy, ponieważ czułam rozpacz, gdy moje oczekiwania nie zostały spełnione, a moje nadzieje się nie ziściły. Były to łzy buntu i smutku. W owej chwili nie chciałam już trwać w postanowieniu, niesienia świadectwa o Bogu. Nie miałam nawet na tyle odwagi, by jeszcze raz poddać się takiej próbie. Tego wieczoru wylewałam łzy rozpaczy, ponieważ nienawidziłam tego strasznego miejsca, miałam dosyć życia w więzieniu i gardziłam tymi demonami. Nie chciałam tam spędzić ani sekundy dłużej. Im więcej o tym myślałam, tym większe odczuwałam przygnębienie, smutek i żałość i tym bardziej czułam się samotna. Czułam się jak mała łódka na morzu; łódka, którą w każdej chwili może pochłonąć woda. Co więcej, miałam poczucie, że ludzie mnie otaczający są podstępni i podli, i że mogą w każdej chwili wyładować na mnie swój gniew. Nie mogłam się powstrzymać, by nie zawołać: „Boże! Błagam o ocalenie. Jestem na granicy załamania i w każdej chwili mogę Cię zdradzić. Proszę, byś zamieszkał w moim sercu i pozwolił mi jeszcze raz wrócić przed Twe oblicze; proszę również, byś jeszcze raz zlitował się nade mną i pozwolił mi zaakceptować Twoje plany i zarządzenia. Chociaż nie potrafię zrozumieć tego, co teraz czynisz, wiem, że wszystko, co robisz, jest dobre, i proszę Cię, byś jeszcze raz mnie ocalił i pozwolił memu sercu, by się ku Tobie zwróciło”. Po zakończeniu tej modlitwy przestałam czuć strach. Zaczęłam się uspokajać i zastanawiać nad sobą, i w tym momencie przypomniałam sobie Boże słowa sądu i objawienia:

Czy pożądasz ciała, czy prawdy? Pragniesz sądu, czy wygody? Doświadczywszy tak wiele z Bożego dzieła i ujrzawszy świętość i sprawiedliwość Boga, jak powinieneś za Nim podążać? Jak powinieneś kroczyć tą drogą? Jak powinieneś wcielać w życie swoją miłość do Boga? Czy Boże karcenie i sąd odniosły w tobie jakiś skutek? To, czy posiadasz wiedzę o Bożym karceniu i sądzie, czy też nie, zależy od tego, co urzeczywistniasz i jak bardzo kochasz Boga! Twoje wargi mówią, że kochasz Boga, lecz tym, co urzeczywistniasz, jest stare, skażone usposobienie; nie masz w sobie bojaźni Bożej i tym bardziej nie masz sumienia. Czy tacy ludzie kochają Boga? Czy tacy ludzie są Mu wierni? (…) Czy ktoś taki mógłby być Piotrem? Czy ci, którzy są jak Piotr, mają tylko wiedzę, ale nie jej urzeczywistnianie?” („Doświadczenia Piotra: jego znajomość karcenia i sądu” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Każde słowo sądu było jak miecz o dwu ostrzach uderzający w moją piętę achillesową, spiętrzający oskarżenia wobec mnie: Tak, wielokrotnie składałam przed Bogiem solenne przysięgi, mówiąc, że porzucę wszystko i zniosę wszelkie niedole w imię prawdy. A jednak dzisiaj, kiedy Bóg tak zaaranżował okoliczności, by czegoś się o mnie dowiedzieć, kiedy potrzebował, bym naprawdę zaznała cierpień i zapłaciła cenę, by Go zadowolić – nie wybrałam prawdy ani życia, lecz biernie poddałam się niepokojowi, rozpaczy i smutkowi przez wzgląd na interes i perspektywy ciała. Nie miałam nawet najmniejszej wiary w Boga. Jakże mogłam w ten sposób spełnić Bożą wolę? Bóg chciał, by to, co urzeczywistniałam, było owocne. Nie chciał kwiecistych, pustych przysiąg. Jednak przed obliczem Boga miałam wiedzę, lecz nie rzeczywistość, nie byłam wobec Boga lojalna ani Go naprawdę nie kochałam, a tym bardziej nie byłam Mu jakkolwiek posłuszna; urzeczywistniałam jedynie oszustwo, bunt i sprzeciw. Czyż takie postępowanie nie złamało Bogu serca? W tej samej chwili pomyślałam o tym, jak pojmano i przybito do krzyża Pana Jezusa. Ci, którzy doznali wielu Jego łask, opuszczali Go jeden po drugim. Nie potrafiłam zagłuszyć w sercu wyrzutów sumienia. Nienawidziłam własnej buntowniczości, nienawidziłam mego braku człowieczeństwa, chciałam jeszcze raz się podnieść i za pomocą realnych działań sprawić, że obietnice dane Bogu staną się rzeczywistością. Nawet jeśli mam zgnić w więzieniu, nigdy więcej nie zranię Bożego serca. Już nigdy więcej nie zdradzę owej ofiary z krwi, którą Bóg zapłacił poprzez mnie. Przestałam płakać i w sercu bezgłośnie modliłam się do Boga: „Boże, dziękuję Ci, że mnie oświecasz i prowadzisz, oraz za to, że pozwalasz mi zrozumieć Twoją wolę. Widzę, że moja postawa jest zbyt niedojrzała i że nie ma we mnie cienia miłości ani posłuszeństwa wobec Ciebie. Boże, chciałabym od razu oddać Ci się bez reszty. Nawet jeśli całe życie spędzę w więzieniu, nigdy nie pójdę na ustępstwa wobec szatana. Pragnę jednego: za pomocą realnych działań sprawiać Ci radość”.

Po jakimś czasie znów doszły mnie słuchy, że mają mnie wypuścić. Mówiono, że nastąpi to w ciągu zaledwie kilku dni. Z powodu nauczki, jaką dostałam ostatnim razem, teraz zachowywałam się nieco bardziej racjonalnie i z dystansem. Choć byłam bardzo podekscytowana, chciałam się modlić, rozmyślać i szukać woli Boga, by już nigdy więcej nie podejmować samodzielnych wyborów. Prosiłam Boga tylko o to, żeby mnie chronił, tak bym mogła podporządkować się wszystkim Jego planom i zarządzeniom. Kilka dni później owe doniesienia raz jeszcze okazały się nieprawdą. Co więcej, usłyszałam, jak strażnik powiedział, że choćbym nawet miała umrzeć w więzieniu, i tak by mnie nie odesłali, a to dlatego, że nie podałam im swojego adresu i nazwiska – tak więc zostanę w więzieniu na zawsze. Słuchanie czegoś takiego było naprawdę trudne, wiedziałam jednak, że jest to ból, który powinnam znieść. Bóg chciał, żebym niosła to świadectwo o Nim, ja zaś byłam gotowa być Mu posłuszna i skłonić się przed Jego wolą, ufałam też, że wszystkie sprawy i wszystkie rzeczy są w ręku Boga. Poprzez to, co mnie spotkało, Bóg okazywał mi szczególną łaskę i mnie wywyższał. Wcześniej, choć powiedziałam, że zgniję w więzieniu, był to tylko wyraz moich aspiracji i pragnień – nie doświadczałam tej rzeczywistości. Dzisiaj byłam skłonna nieść to świadectwo poprzez urzeczywistniane przeze mnie życie i pozwoliłam na to, by Bóg znajdował we mnie pociechę. Kiedy wypełniła mnie nienawiść do szatana i kiedy postanowiłam toczyć z szatanem walkę do samego końca, aby prawdziwie nieść autentyczne świadectwo i zgnić w więzieniu, ujrzałam świadczące o wszechmocy cudowne czyny Boga. 6 grudnia 2005 roku w więźniarce wywieziono mnie z aresztu i zostawiono na poboczu. I tak mój dwuletni pobyt w więzieniu dobiegł końca.

Doświadczyłam strasznych udręk, ale mimo tego, że moje ciało znosić męki, zyskałam po stokroć – po tysiąckroć – więcej: nie tylko rozwinęłam w sobie intuicję i umiejętność rozróżniania oraz na własne oczy zobaczyłam, że rząd KPCh jest ucieleśnieniem szatana-diabła, bandą morderców gotowych zabijać ludzi bez mrugnięcia okiem, ale również zrozumiałam Bożą wszechmoc i mądrość, jak również Jego sprawiedliwość i świętość; zaczęłam doceniać dobre intencje Boga, który mnie ocalił, oraz opiekę i ochronę, jakimi mnie otoczył, tym samym pozwalając mi, w obliczu okrucieństwa szatana, stopniowo go pokonać i trwać przy swoim świadectwie. Począwszy od tego dnia pragnę bez reszty oddać Bogu całe moje jestestwo i niewzruszenie podążać za Bogiem, aby jak najszybciej mógł On mnie pozyskać.

Powiązane treści