Aplikacja Kościoła Boga Wszechmogącego

Słuchaj głosu Boga i powitaj powrót Pana Jezusa!

Wszystkich szukających prawdy prosimy o kontakt.

Świadectwa doświadczeń przed tronem sądu Chrystusa

Pełne kolory

Motywy

Czcionka

Rozmiar czcionki

Odstęp pomiędzy wierszami

Szerokość strony

0 wyników wyszukiwania

Nie znaleziono wyników

84. Powtórne narodziny

Autorstwa Yanga Zhenga, Prowincja Heilongjiang

Urodziłem się w ubogiej wiejskiej rodzinie, zacofanej w swym myśleniu. Już w młodości byłem próżny, a szczególnie silne było we mnie pragnienie wysokiego statusu społecznego. Z upływem czasu, za sprawą swojego środowiska i edukacji w duchu tradycyjnej kultury, bardzo wziąłem sobie do serca wszelkiego rodzaju szatańskie reguły przetrwania. Pragnienie sławy, bogactw i wysokiej pozycji zrodziły we mnie rozmaite pozorne mądrości w stylu: „Sława uczyni cię nieśmiertelnym”, „Odnieś sukces i przynieś zaszczyt swym przodkom”, „Ludziom potrzebują twarzy jak drzewo kory”, „Bądź grubą rybą” albo „Zbuduj piękny dom własnym rękami”. Te maksymy stopniowo stały się moim życiem, pod ich wpływem zacząłem mocno wierzyć, że póki żyjemy na tym świecie, musimy pracować, by inni wysoko nas cenili. Niezależnie od tego, z kim przestajemy, musimy mieć pozycję, powinniśmy być najwybitniejsi. Jedynie żyjąc w ten sposób, możemy osiągnąć integralność i godność. Jedynie takie życie ma wartość. Aby urzeczywistnić swoje pragnienie odniesienia sukcesu, uczyłem się pilnie, odkąd trafiłem do podstawówki; mimo złej pogody i chorób nigdy nie opuściłem ani jednej lekcji. Pracując tak dzień w dzień, zdołałem dostać się do szkoły średniej. Zobaczywszy, że coraz bardziej zbliżam się do spełnienia swojego marzenia, nie śmiałem sobie odpuścić. Często sobie powtarzałem, że muszę wytrwać, że muszę dobrze się prezentować przed nauczycielami i kolegami z klasy. Ale właśnie wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Wybuchł skandal z udziałem naszej głównej nauczycielki i dyrektora szkoły i wywołał on zamieszanie. Wszyscy nauczyciele i uczniowie wiedzieli o sprawie. Któregoś dnia w klasie nauczycielka spytała nas, czy o tym słyszeliśmy. Wszyscy uczniowie odpowiedzieli: „Nie”. Jako jedyny zgodnie z prawdą powiedziałem: „Ja słyszałem”. Od tego czasu byłam jej solą w oku i często szukała okazji, żeby utrudnić mi życie i żeby rzucać mi kłody pod nogi. Koledzy z klasy zaczęli się do mnie dystansować i wykluczać mnie ze swojego grona. Naśmiewali się ze mnie i mnie upokarzali. W końcu nie mogłem dłużej znieść tych udręk i rzuciłem szkołę. Moje dawne marzenie o tym, żeby się wybić i zostać grubą rybą, legło w gruzach. Myśląc o swojej przyszłości z twarzą przy ziemi plecami zwróconymi ku słońcu, poczułem niewypowiedziany smutek i przygnębienie. Pomyślałem: „Czy to możliwe, że przeżyję życie, niczym się nie wyróżniając? Nie czeka mnie wysoka pozycja, prestiż ani przyszłość. Jaki sens ma takie życie?”. Naprawdę nie byłem w owym czasie skłonny pogodzić się z tym faktem, ale nie byłem w stanie zmienić swojej sytuacji. I kiedy tak żyłem pogrążony w bólu i beznadziei, z których nie potrafiłem się wydobyć, Bóg Wszechmogący zesłał mi zbawienie, na nowo budząc w moim sercu wygasłą już nadzieję. Od tej chwili zacząłem zupełnie nowe życie.

Był marzec 1999 roku. Szczęśliwym zrządzeniem losu usłyszałem ewangelię dni ostatecznych Boga Wszechmogącego. Dowiedziałem się z niej, że Bóg wcielony przyszedł na ziemię osobiście wyrazić prawdę, by sądzić i czyścić ludzkość i wyprowadzić ją z domeny szatana, dzięki czemu ludzie będą mogli porzucić swe dotychczasowe zdegradowane, pełne cierpień życie i żyć w sposób wolny i nieskrępowany. Dzięki starannym i cierpliwym omówieniom braci i sióstr, poznałem wiele prawd, o których nie słyszałem nigdy wcześniej, takich jak: obejmujący sześć tysięcy lat Boży plan zarządzania; tajemnica Boga, który stał się ciałem; to, że skażona ludzkość potrzebuje zbawienia przez wcielonego Boga; to, jakiego rodzaju rozsądek powinny posiadać istoty stworzone; jak należy czcić Pana wszelkiego stworzenia; jak urzeczywistniać właściwe człowieczeństwo; i czym tak naprawdę jest ludzkie życie. Prawdy te zaczęły mnie nurtować i pod ich wpływem zacząłem mocno wierzyć, że to jest dzieło prawdziwego Boga. Moi bracia i siostry śpiewali też pewną pieśń: „Bóg kocha nas najgłębiej”: „Wszechmogący Boże, ufam Tobie. Wspominając mą wędrówkę przez świat, głęboko odczuwam ludzką zmienność i obojętność. Błąkałem się i szukałem po omacku, w ciemności. Życiowe cierpienie nie ma końca; zalewając twarz łzami, przez lata poniewierałem się. Pozbawiony nadziei, mogłem tylko żyć bezsilnie, w rozpaczy. Wszechmogący Boże, Ty kochasz nas najgłębiej. Twoje słowa budzą mnie. Ostatecznie wracam do Ciebie i odrzucam moje bolesne życie. Twoje słowa oświecają mnie, widzę życie pełne światła. Raduję się Twymi słowami i żyję w Twojej obecności, moje serce jest pełne pokoju i radości.” („Podążaj za Barankiem i śpiewaj nowe pieśni”). Niczym promień światła rozświetliło to moją duszę, która od dawna pogrążona była w mroku, i nie mogłem opanować łez. Zdawało się, że tyle lat prześladowań, wszelkiej niesprawiedliwości i smutku – wszystko to nagle się uwolniło. Zrobiło mi się znacznie lżej na sercu. Pomijając tę moją ekscytację, jeszcze bardziej wdzięczny byłem Bogu za to, że mnie wybrał i że pozwolił mojej zmęczonej i smutnej duszy odnaleźć zaciszną przystań. Od tego momentu moje życie radykalnie się zmieniło. Nie byłem już niepocieszony i zniechęcony, całe swoje serce włożyłem w lekturę słów Boga, w uczęszczanie na spotkania i w rozmawianie na temat prawdy. Co dnia żyłem pełnią życia i przepełniało mnie szczęście.

Później zacząłem wypełniać swój obowiązek głoszenia w kościele ewangelii. Ponieważ byłem pełen entuzjazmu i miałem pozytywne nastawienie, i ponieważ miałem charakter, moja praca przyniosła pewne owoce. Zacząłem być chwalony przez przywódcę mojej grupy ewangelicznej, zaczęli mnie też podziwiać inni bracia i siostry w kościele. Zawsze przychodzili do mnie porozmawiać i rozstrzygnąć kwestie, których nie rozumieli w związku z głoszonymi naukami. Nie zdając sobie z tego sprawy, stałem się nieco zadufany. Zacząłem myśleć: „Tak szybko zyskałem w kościele dobrą opinię i pozycję, na które przez tyle lat na próżno liczyłem w świecie. Oto w końcu znalazłem właściwe miejsce, by realizować ‘heroiczną’ stronę swojej osobowości!” Patrząc na swoje „dokonania”, czułem się spełniony. Od tego momentu zacząłem jeszcze bardziej przykładać się do swoich obowiązków. Niezależnie od tego, jakie obowiązki wyznaczył mi kościół, posłusznie je wypełniałem najlepiej, jak potrafię; niezależnie od tego, jak wielkie były czekające mnie trudności, robiłem, co mogłem, by je przezwyciężyć, nigdy nie skarżąc się na przeciwności losu. Czasami, gdy nie dość dobrze wywiązałem się z obowiązków, przywódca naszego kościoła rozprawiał się ze mną i poddawał przycinaniu. Niezależnie od tego, jak bardzo byłem zirytowany, na zewnątrz nie próbowałem się usprawiedliwić. A chociaż sporo w tym czasie przeszedłem, uznałem, że dopóki mam wśród braci i sióstr pozycję, i dopóki mnie podziwiają – dopóty warto płacić taką cenę.

W 2003 roku wybrano mnie na przywódcę naszej grupy ewangelicznej. Wraz z tym awansem rozszerzył się też zakres mojej pracy, a mnie rozpierało jeszcze większe samozadowolenie; myślałem sobie: „Blask złota widać zawsze. Muszę dobrze spełniać swoje obowiązki i stopniowo piąć się w górę, tak żeby moi bracia i siostry mogli mnie jeszcze bardziej podziwiać i adorować. Byłoby to cudowne!” Kiedy przybyłem do miejsca, w którym miałem podjąć swoje obowiązki, przywódca uwzględnił fakt, że dopiero co przydzielono mnie do tego zdania, więc brak mi zarówno doświadczenia, jak i metody. Dlatego zebrał jeszcze kilku innych przywódców grup ewangelicznych z okolicy, żebyśmy mogli nawzajem się od siebie uczyć. Jednak w trakcie naszych rozmów zorientowałem się, że wszyscy oni są ode mnie starsi i że mają słabszy charakter. Poza tym, omawiając słowa Boga, wypowiadali się mniej jasno ode mnie. Nie mogłem powstrzymać się przed arogancją i zacząłem ich mieć za nic. Miałem poczucie, że z pewnością poradzę sobie sam, zdając się tylko na własne siły. Zaraz po naszym spotkaniu odwiedziłem każdą z grup, żeby zyskać lepsze zrozumienie ich pracy. Kiedy zauważyłem w ich pracy pewne błędy i usterki, i kiedy uznałem, że niektórzy nie są w stanie głosić ewangelii ani składać świadectwa o Bogu, poczułem złość i niepokój. Nie mogłem oprzeć się pokusie zbesztania moich braci i sióstr: „Czy takie traktowanie swoich obowiązków naprawdę jest zgodne z Bożą wolą? Nie chcecie płacić żadnej ceny, a jednocześnie chcecie zostać zbawieni przez Boga. Macie choćby cień rozsądku?” Czasem też, na spotkaniach wspólnoty, przechwalałem się, mówiąc każdemu, jak to spełniałem ewangeliczne dzieło, jak wysoką cenę przyszło mi zapłacić i jak dobre rezultaty osiągnąłem. (…) Kiedy zobaczyłem zawiść na twarzach braci i sióstr, byłem zadowolony z siebie i miałem poczucie, że jestem zdolniejszy od innych. Z czasem moi bracia i siostry zawsze już ze mną wszystko omawiali, nie koncentrując się już tak bardzo na modlitwie do Boga ani na tym, żeby we wszystkim się na Niego zdawać. Ja jednak nie uświadamiałem sobie, że już wcześniej wszedłem na niewłaściwą drogę, nie bałem się, a przeciwnie: cieszyłem się z tego. W końcu zupełnie utraciłem dzieło Ducha Świętego i tak naprawdę nie mogłem już dłużej pracować. Wtedy pozbawiono mnie obowiązków i odesłano do domu, żebym oddał się refleksji duchowej. Taki wynik sprawił, że poczułem się, jakbym błyskawicznie spadł w otchłań bez dna. Moje ciało było bezwładne i słabe z powodu nie opuszczającej mnie, głębokiej frustracji. Wciąż nawiedzała mnie myśl: tak cudownie było na początku, kiedy zaczynałem pełnić swoje obowiązki. A teraz, odchodząc w niesławie, jakże spojrzę w oczy swojej rodzinie, braciom i siostrom w moim rodzinnym mieście? Co sobie o mnie pomyślą? Czy mnie wyśmieją? Czy będą mną pogardzać? Gdy tylko pomyślałem, że w oczach innych stracę twarz i prestiż, poczułem nieznośny ból, jakby cały mój byt miał się rozpaść. Żyłem w negatywności, z której nie potrafiłem się wywikłać, nie mogłem już nawet w dalszym ciągu czytać słów Boga. Pośród tych udręk mogłem się jedynie modlić: „Boże! Stałem się tak słaby, a moja dusza pogrążona jest w ciemnościach. Nie umiem pogodzić się z faktem, że mnie oddalono. Nie potrafię też stosować się do zarządzeń kościoła, wiem jednak, że wszystko, co czynisz, jest dobre i wyraża Twoją dobroczynną wolę. Oświeć mnie, bym pojął Twoją wolę”. Gdy się tak pomodliłem, Bóg zesłał mi oświecenie dzięki tym oto słowom: „W waszych poszukiwaniach macie zbyt wiele osobistych wyobrażeń, nadziei i wizji przyszłości. Obecna praca wykonywana jest po to, aby rozprawić się z waszym pragnieniem statusu i waszymi wygórowanymi zachciankami. Wszystkie te nadzieje, pragnienie[a] statusu oraz wyobrażenia, są klasycznymi przejawami szatańskiego usposobienia. (…) Chociaż dotarliście dzisiaj do tego etapu dzieła, nadal nie zrezygnowaliście ze statusu, tylko ciągle staracie się o niego dopytywać i obserwujecie go każdego dnia z głęboką obawą, że któregoś dnia status ten utracicie, a wasze imię popadnie w ruinę. (…) Jesteście teraz uczniami i macie pewne zrozumienie tego etapu dzieła. Nie odrzuciliście jednak nadal swego pragnienia statusu. Gdy status wasz jest wysoki, szukacie gorliwie, lecz kiedy jest niski, nie chcecie już poszukiwać. Ciągle macie na uwadze błogosławieństwa płynące ze statusu. Dlaczego jest tak, że większość ludzi nie jest w stanie wyzwolić się z negatywnej postawy? Czyż nie jest to zawsze spowodowane niewesołymi perspektywami na przyszłość?” („Dlaczego nie jesteś skłonny być narzędziem kontrastu?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Sąd objawiony w Bożych słowach był dla mnie brutalnym przebudzeniem; dzięki niemu zrozumiałem, że celem dzieła Boga było w tamtej chwili sprawienie, bym wyraźnie zobaczył, jak błędna jest droga, którą podążałem w swojej wierze w Boga – tak bym mógł poznać swój błąd i zawrócić, i wkroczyć tym razem na właściwą drogę w życiu, drogę dążenia do prawdy. Cofnąłem się myślami do czasów, kiedy zacząłem wykonywać swoje obowiązki: jakimże optymistą byłem w okresie, gdy miałem pozycję. Byłem skrajnie pewny siebie i nie obawiałem się cierpień ani trudności. Obcując z kimś, kto się ze mną rozprawiał lub mnie przycinał, nie opierałem się temu. Jednak potem, kiedy mnie odesłano i musiałem wrócić do domu, nie mogłem wyzbyć się swojej negatywności. Podczas spełniania swoich obowiązków, by zaspokoić swoje łaknienie statusu i reputacji, robiłem wszystko, co tylko mogłem, żeby się popisać i wykazać; pracowałem i poświęcałem się, nie oszczędzając siebie. Kiedy widziałem, jak bracia i siostry nie dopełniają swoich obowiązków, nie pomagałem im ani ich nie wspierałem kochającym sercem, nie naprowadzałem ich też na dążenie do prawdy, ani nie pomagałem im w rozwiązywaniu problemów, jakich nastręczały im słowa Boga – lecz pouczałem ich z pozycji autorytetu. Celowo też wynosiłem się ponad innych i niosłem o sobie świadectwo, żeby inni mogli podziwiać mnie i adorować; tak oto prowadziłem braci i siostry, aby przyszli przede mnie, a nie przed Boga. Zrozumiałem, że z pozoru zdawało się, że wypełniam swój obowiązek, ale w rzeczywistości zajmowałem się swoimi własnymi sprawami – pod pozorem spełniania tegoż obowiązku. W pełni też wykorzystywałem tę sposobność, by zaspokajać swoje ambicje oraz pragnienie bycia najlepszym i budzenia podziwu w innych. Musiałem więc zadać sobie pytanie: Czyż najbezczelniej w świecie nie sprzeciwiam się Bogu? Bóg stworzył ludzkość po to, żebyśmy mogli Go czcić i podziwiać. Nasze serca powinny mieścić w sobie wyłącznie obraz Boga, ja tymczasem, choć byłem plugawym, zepsutym nędznikiem, zawsze chciałem zajmować miejsce w sercu innych ludzi. Czyż to nie straszliwa arogancja? Czyż nie jest to odrażające i sprzeczne z wolą Boga? Czyż nie stanowi to poważnego wykroczenia przeciw Bożemu usposobieniu? Kiedy pomyślałem o swoich czynach, przebiegł mnie dreszcz lęku. Usposobienie Boga jest sprawiedliwe i święte, i nie toleruje wykroczeń ze strony ludzkości. Jakże więc mógłby pozwalać na to, bym okazywał Mu takie nieposłuszeństwo i niesubordynację? Dopiero w owej chwili uświadomiłem sobie, że oddalenie mnie było przejawem wielkiej Bożej tolerancji i miłości. Gdyby mnie nie oddalono, popełniłbym jeszcze więcej jeszcze cięższych przewin przeciw Niemu, i gdy sprawy zaszłyby za daleko i Bóg nie mógł mi przebaczyć, byłoby za późno. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej się bałem i tym głębsze miałem poczucie, że jestem Jego wielkim dłużnikiem. Mogłem tylko się przed Nim ukorzyć. Zacząłem się modlić: „Boże, moja natura jest zbyt arogancka, zbyt powierzchowna! Nie dążyłem do prawdy, spełniając swoje obowiązki, nie pomyślałem o tym, żeby odpłacić Ci za Twoją miłość. Byłem zajęty, biegając tu i tam w pogoni za prestiżem i reputacją; obrałem sobie za cel zrobienie kariery w kościele; tak wszedłem na drogę antychrysta – jakże więc nie miałbym się potknąć i przewrócić w trakcie tak spełnianego obowiązku? Gdyby Twój osąd i Twoje karcenie, Twoje oczyszczenia i Twoje pouczenia nie przyszły w porę, z pewnością w dalszym ciągu szedłbym drogą antychrysta i w końcu zaprzepaściłbym swoją szansę zbawienia. Boże! Dzięki Ci składam za Twoje miłosierdzie i za zbawienie. Począwszy od dzisiaj postanawiam wyrzec się swoich ambicji i pragnień i podążać za prawdą, akceptować Twój sąd i karcenie – aby wkrótce odmienić swoje skażone usposobienie”. Boże oświecenie i Boże przewodnictwo pozwoliły mi się wydobyć z negatywności oraz zyskać jakąś wiedzę o mojej aroganckiej naturze i istocie mojego sprzeciwu wobec Boga. Zyskałem również pewien sposób zrozumienia sprawiedliwego usposobienia Boga i poczułem wielką ulgę w sercu. Byłem też gotów w dalszym ciągu poszukiwać prawdy w każdym środowisku, w którym umieści mnie Bóg, tak jak byłem gotów dalej zgłębiać Jego wolę.

Wśród prowadzonych przeze mnie później poszukiwań ujrzałem następujące słowa: „Ja decyduję o losie każdej osoby, nie na podstawie jej wieku, rangi, głębi cierpienia, a najmniej na podstawie stopnia, w jakim szuka ona litości, ale wedle tego, czy posiada prawdę. Nie ma innego wyboru. Musicie zrozumieć, że wszyscy ci, którzy nie podążają za wolą Boga zostaną ukarani. To jest fakt nieodwołalny” („Przygotuj dostatecznie wiele dobrych uczynków dla swego przeznaczenia” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). „Jako stworzenie Boże człowiek powinien starać się spełniać swój obowiązek i kochać Boga bez dokonywania innych wyborów, gdyż Bóg jest godny miłości człowieka. Ci, którzy starają się kochać Boga, nie powinni poszukiwać żadnych osobistych korzyści ani tego, czego osobiście pragną. Jest to najpoprawniejszy środek dążenia” („Sukces i porażka zależą od ścieżki, którą idzie człowiek” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Słowa Boga w sposób zupełnie jednoznaczny i zrozumiały obwieściły już Jego wolę i wymagania, tak by ludzkość mogła zrozumieć, jak należy postępować i czym jest niewłaściwa droga. W owym czasie reputację i wysoką pozycję ceniłem wyżej niż cokolwiek, jednak Bóg nie patrzył na to, jak wysoką miało się pozycję, jakie zajmowało się stanowiska, ani też ile przecierpiało się za wiarę w Boga. Bóg patrzył na to, czy dąży się do prawdy, czy też nie, i czy naprawdę rozumie się Boga. Ci, którzy znają prawdę, lecz nie mają wysokiej pozycji, są w stanie zyskać Jego pochwały, podczas gdy tymi, którzy mają wysoką pozycję, ale nie znają prawdy, Bóg gardzi i ich odrzuca. Rozstrzyga o tym sprawiedliwe usposobienie Boga. Posiadany status nie może przesądzać o losie człowieka, ani też nie jest on symbolem czyjegokolwiek zbawienia w wierze w Boga. W szczególności nie jest oznaką, że ktoś został udoskonalony przez Boga. Ja jednak zawsze mierzyłem swoją wartość posiadanym statusem, a największą przyjemność sprawiał mi podziw i uwielbienie ze strony innych. Czyż nie było to całkowicie sprzeczne z wymaganiami Boga? Czyż taka wiara w Boga nie była zupełnie bezużyteczna? W ten sposób nie tylko nie zasłużyłbym na Boże zbawienie, ale też ostatecznie – z powodu złych uczynków – zostałbym przez Boga ukarany. Bóg obarczył mnie obowiązkami, żebym mógł wejść do królestwa prawdy i żebym mógł dokonać przemiany swego usposobienia, trwając w posłuszeństwie i miłości do Boga – by w końcu zostać przez Niego zbawionym i udoskonalonym. Tylko ta droga była tą właściwą. Kiedy to wszystko zrozumiałem, moje serce wypełniło się wdzięcznością wobec Boga. To Jego sąd i karcenie ściągnęły mnie ze złej drogi i pozwoliły zrozumieć Jego wolę, dzięki czemu wreszcie wyraźnie ujrzałem niebezpieczeństwa i konsekwencje pogoni za reputacją i statusem. Dopiero wtedy byłem w stanie się przebudzić i cofnąć się w czasie. Dzięki temu doświadczeniu zyskałem pewną wiedzę na temat własnych błędnych poglądów dotyczących dążenia, jak również dobrych intencji Boga i raz jeszcze mój stan się poprawił. Ponownie rzuciłem się w wir swoich obowiązków.

W lipcu 2004 roku udałem się w odległe tereny górskie, gdzie razem z jednym z braci prowadziłem dzieło ewangeliczne. Na początku miałem w pamięci swoje wcześniejsze błędy jako przestrogę. Częstokroć sobie powtarzałem, że nie należy uganiać się za reputacją ani pozycją, lecz uczciwie wypełniać swoje obowiązki jako istoty stworzonej. Gdy więc pojawiały się kwestie, których nie rozumiałem lub w których nie miałem jasności, usuwałem się w cień i prosiłem owego brata o ich omówienie, żeby sprawę przedyskutować i rozstrzygnąć. Ale w miarę tego, jak moja praca zaczęła przynosić coraz więcej owoców, moja arogancka natura znów zaczęła brać górę i ponownie zacząłem skupiać się na własnym wizerunku i statusie. Podczas jednego ze spotkań pewien brat z lokalnej grupy ewangelicznej oznajmił mi z wdzięcznością: „Dzięki temu, że tu przybyłeś, pozyskaliśmy więcej wyznawców…”. Odparłem, że jest to dzieło Ducha Świętego, ale w głębi serca byłem bardzo zadowolony z siebie. Gdy po zakończonym spotkaniu wróciłem do swojej rodziny goszczącej, usiadłem na łóżku i zacząłem w myślach odtwarzać każdą ze scen, składających się na wypełniane przeze mnie w owym czasie obowiązki. Mogłem sobie tylko gratulować, myśląc: „Najwyraźniej mam do tej pracy prawdziwą smykałkę. Jeśli tylko nadal będę ciężko pracował, na pewno znowu awansuję”. Tak więc postrzegałem siebie jako bohatera, a Bóg zniknął z mojego serca. Odtąd też, pełniąc swoje obowiązki, znów zacząłem uganiać się za statusem i porównywać się z moimi współpracownikami. Zacząłem zuchwale się popisywać przed braćmi i siostrami, jak gdyby wszystkie rezultaty naszej pracy były wyłącznie efektem moich starań. I kiedy na powrót osuwałem się stopniowo w otchłań, Bóg ponownie wyciągnął zbawczą dłoń. Pewnego wieczoru zmogła mnie ciężka grypa. Miałem 39 stopni gorączki i mimo że przez kilka dni brałem leki, nie poczułem się lepiej. Zabrano mnie do szpitala, gdzie dostałem zastrzyki, ale mój stan nie tylko się nie poprawił, ale wręcz się pogorszył. Wszystko zwracałem, nawet wodę. W końcu, przykuty do łóżka, czułem się tak, jakbym się znalazł na granicy śmierci. Wśród udręk choroby nie myślałem już o tym, jaki status osiągnę następnego dnia. Czym prędzej ukląkłem i zacząłem się modlić: „Boże! Choroba, która na mnie spadła, jest Twoją dobrą wolą i Twoim sprawiedliwym usposobieniem. Nie chcę Cię źle zrozumieć ani Cię winić; proszę Cię tylko, żebyś jeszcze raz mnie oświecił i dał mi iluminację, żebym mógł pojąć Twoją wolę i żebym głębiej zrozumiał własne zepsucie”. Kiedy się pomodliłem, moje serce doznało ukojenia. A wtedy nagle spłynęły na mnie te oto słowa Boga: „Wasza wyniosła i arogancka natura zmusza was do zdrady własnego sumienia, do buntu i oporu przeciwko Chrystusowi oraz do ujawniania swojej brzydoty, rzucając w ten sposób światło na wasze intencje, pojęcia, nadmierne pożądliwości i oczy pełne chciwości” („Czy jesteś prawdziwie wierzącym w Boga?” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Każde z tych słów Boga przeszyło moje serce niczym miecz; zostałem nimi śmiertelnie ugodzony. Przed oczami stanął mi żywy obraz każdego z przejawów mojej arogancji w całej jej odrażającej szpetocie. Moje serce przepełniał ból, pomieszanie i bezgraniczny wstyd. To właśnie wtedy wyraźnie ujrzałem, że to pod wpływem mojej własnej, przepełnionej pychą natury moje sumienie zatraciło swoją pierwotną funkcję, wskutek czego stałem się niezdolny do tego, by zawsze uczciwie słuchać i czcić Boga. W rezultacie zawsze przepełniała mnie ambicja i pragnienie, i gdy tylko nadarzała się sposobność, od razu zaczynałem budować swoją pozycję i chciałem się popisać kosztem innych. Nie mogłem po prostu zachowywać się jak należy. Było oczywiste, że owoce mojej pracy są zależne od dzieła Ducha Świętego; są Bożym błogosławieństwem. Ja jednak bezwstydnie skradłem Bożą chwałę, korzystając z okazji, żeby awansować, i napawałem się tym, że bracia i siostry adorują mnie i podziwiają; byłem tak arogancki, że rozsądek zupełnie mnie opuścił. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to właśnie ta moja arogancka natura była główną przyczyną moich oporów wobec Boga. Gdybym tej sprawy nie rozwiązał, nigdy nie zdobyłbym się na posłuszeństwo wobec Boga ani na poświęcenie w spełnianiu swojego obowiązku.

Prowadzony przez Boga, raz jeszcze pomyślałem o Jego słowach: „Kiedy ktoś rozpoznaje, jaka jest jego prawdziwa natura – jak jest podła, nikczemna i żałosna – wtedy staje się mniej dumny z siebie, już nie tak szalenie arogancki i zadowolony z siebie jak wcześniej. Taka osoba czuje, »Muszę praktykować słowo Boga w rzetelny i realistyczny sposób. Jeśli tego nie zrobię, wówczas nie spełnię standardu bycia człowiekiem i będzie mi wstyd żyć w obecności Boga«. Naprawdę postrzega siebie jako kogoś rzeczywiście nieistotnego i bezwartościowego. Łatwo jest mu wtedy urzeczywistniać prawdę i będzie się wydawał kimś, kto jest w pewnym stopniu taki, jaki powinien być człowiek” („Wiedza o sobie jest przede wszystkim wiedzą o ludzkiej naturze” w księdze „Zapisy przemówień Chrystusa”). Słowa Boga wskazały mi drogę praktyki oraz wkroczenia w prawdę, sygnalizując mi również, że jeśli chcę do końca wyzbyć się swoich myśli o reputacji i statusie, muszę podjąć trud poznania swojej własnej natury. Gdybym naprawdę mógł zobaczyć, jak jestem mały, jak niewiele znaczę i jak bardzo jestem bezużyteczny, nie byłbym już arogancki. Mógłbym wtedy stać się osobą skromną i poszukiwałbym prawdy, mocno stąpając po ziemi. W rzeczywistości, poddając mnie sądowi i karceniu, wymierzając mi ten cios i dyscyplinując mnie, Bóg tak naprawdę chciał mi umożliwić prawdziwe poznanie mojej własnej zepsutej istoty, mojej prawdziwej tożsamości i statusu. Celem tego było sprawienie, bym mógł w obliczu Boga zyskać samowiedzę, bym mógł rozpoznać własną duchową nędzę i własną nicość – sprawienie, bym zrozumiał, że tym, czego mi trzeba, jest prawda, Boże zbawienie, dzięki któremu mógłbym ukorzyć się przed Bogiem i odpowiednio się zachowywać. Służyło to temu, bym spełniał swój obowiązek, by zadowolić Boga i już więcej nie uganiał się za statusem, raniąc Jego serce. Kierując się Jego słowami, widziałem już drogę przed sobą, miałem też pewność podążania za prawdą. Nawet jeśli byłem do cna zepsuty przez szatana, a moja arogancka natura była we mnie głęboko zakorzeniona, to dopóki byłem w stanie zaakceptować Boży sąd i Boże karcenie oraz Boże próby i Boże oczyszczenie, a także podporządkować się im – dzięki nim poznawać moją własną naturę i istotę oraz niestrudzenie dążyć do prawdy – dopóty mogłem z pewnością odrzucić więzy reputacji i statusu, i wynikające z nich udręki, mogłem też wstąpić na drogę do bycia zbawionym i udoskonalonym. Po tym jak na powrót zwróciłem się ku Bogu, w ciągu dwóch dni wróciłem do zdrowia. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że Bóg posłużył się moją chorobą do tego, by mnie zdyscyplinować. Wcale nie chciał sprawić mi cierpień, nie chciał mnie też ukarać – uczynił to wszystko, by wybudzić z letargu moje odrętwiałe serce, tak bym czym prędzej porzucił swoje błędne dążenia i wstąpił na właściwą ścieżkę wiary w Boga. Byłem głęboko poruszony i pobudzony Bożą miłością. Szczerze dziękowałem Bogu i Go wysławiałem.

Po powrocie do zdrowia ponownie rzuciłem się w wir pracy. Powziąłem w sercu ciche postanowienie, że ilekroć będę miał styczność z czymś, co wiąże się z reputacją i statusem, z pewnością będę trwać przy świadectwie o Bogu. Kilka miesięcy później dowiedziałem się, że inna grupa ewangeliczna osiągała bardzo dobre wyniki, a wcześniej doświadczyła pewnych cudownych interwencji Boga i dokonała podsumowania części swoich tak owocnych doświadczeń i swojej drogi praktyki. Jednak praca, za którą byłem odpowiedzialny, podupadała. Kiedy zobaczyłem rozczarowanie na twarzach braci i sióstr, a zwłaszcza kiedy usłyszałem, jak pewna siostra mówi: „Doświadczamy teraz tak wielkiego dzieła Bożego zbawienia, ale nie potrafimy świadczyć o tym dziele. Jesteśmy Jego prawdziwymi dłużnikami”, i kiedy widziałem, że nikt nie mógł powstrzymać łez, moje serce przeszył ogromny ból. Nie wiedziałem, jak wybrnąć z kłopotu i tylko raz po raz modliłem się do Boga: „Boże! Wszyscy jesteśmy słabi w obliczu praktycznych trudności, ale wiem, że to Ty poddajesz próbie naszą pewność siebie, sprawdzasz nasze poświęcenie. Jednak moja postawa jest zbyt niedojrzała i tak naprawdę nie potrafię udźwignąć tego brzemienia. Błagam Cię, oświeć mnie tak, bym potrafił pojąć Twoją wolę. Gotów jestem postępować tak, jak mną pokierujesz”. Po zakończonej modlitwie nagle przyszła mi do głowy pewna myśl: Powinienem poprosić jednego z tamtejszych pracowników, by spotkał się z nami we wspólnocie, tak byśmy mogli wykorzystać jego mocne strony i jego doświadczenia. W ten sposób bracia i siostry również będą mogli doznać oświecenia i przewodnictwa Ducha Świętego i dowiedzieć się, jak skutecznie głosić ewangelię. Wiedziałem, że ten pomysł pojawił się dzięki przewodnictwu Ducha Świętego, mimo to miałem w sercu pewne obawy. Pomyślałem: „Dawniej osiągałem pod każdym względem lepsze wyniki niż ten brat, a kiedy byliśmy razem na spotkaniach, zawsze spoglądałem na niego z góry – teraz jednak osiągnął lepsze rezultaty niż ja. Jeśli teraz – pomyślałem – zobaczy, że jestem zdesperowany i skonfundowany, czy mnie nie wyśmieje? Czy bracia i siostry nie będą mną gardzić? Czy zachowam twarz?” Wciąż o tym rozmyślałem i wciąż nie mogłem wyzbyć się troski o własny wizerunek i status, ale gdy tylko pomyślałem o niecierpiącej zwłoki woli Boga, by zbawić ludzkość, oraz o tym, że moi bracia i siostry pozbawieni są przewodnictwa i przywództwa dzieła Ducha Świętego, byłem karcony w sercu. I kiedy tak się wahałem, oświeciły mnie następujące słowa Boga: „Duch Święty działa nie tylko w ludziach używanych przez Boga, ale nawet silniej w Kościele. Może działać w każdym. Może teraz działać w tobie, a kiedy już tego doświadczysz, może zacząć działać w kimś innym obok. Śpiesz się, by nadążyć. Im lepiej dotrzymujesz tempa w podążaniu za obecnym światłem, tym bardziej twoje życie może wzrosnąć. Nie ma znaczenia, jakiego rodzaju człowiekiem jest dana osoba, jeżeli tylko działa w niej Duch Święty, podążaj za nią. Przyjmij jej doświadczenia przez pryzmat własnych a otrzymasz nawet wyższe rzeczy. W ten sposób szybciej poczynisz postępy. To jest ścieżka człowieka do doskonałości i sposób w jaki rośnie życie. Ścieżka do osiągnięcia doskonałości prowadzi przez podporządkowanie się dziełu Ducha Świętego. Nie wiesz, poprzez jaką osobę Bóg będzie cię doskonalić ani poprzez jaką osobę, wydarzenie lub rzecz umożliwi ci wejście w posiadanie i zyskanie rozeznania” („Ci, którzy są posłuszni Bogu ze szczerego serca, z pewnością zostaną przez Niego pozyskani” w księdze „Słowo ukazuje się w ciele”). Dzięki przewodnictwu Bożych słów pojąłem wolę Boga i zyskałem pewne zrozumienie tego, jak działa Duch Święty, prowadząc i doskonaląc ludzi. Uświadomiłem sobie, że dzieło Boga i Boża mądrość są czymś cudownym i niezgłębionym. Nie wiem, za pośrednictwem jakiej osoby czy rzeczy Bóg mnie oświeci i poprowadzi ku zrozumieniu Jego woli, tak jak nie wiem, za pośrednictwem jakiego środowiska rozprawi się z moim skażonym usposobieniem. Muszę się nauczyć uległości wobec dzieła Ducha Świętego i niezależnie od tego, jak wysoki czy niski jest status i wiek danej osoby, od jak dawna wierzy ona w Boga, dopóki jej omówienie jest zgodne z prawdą, dopóty zgodne jest też z aktualną wolą Boga i może wskazywać praktyczną ścieżkę, która pochodzi od dzieła i oświecenia Ducha Świętego. Muszę to dzieło przyjąć, być mu uległym i praktykować – oto człowieczeństwo i rozum, które muszę posiąść. Jeśli nie jestem uległy wobec dzieła Ducha Świętego, wówczas gotów jestem narazić na szwank moją pracę, byleby nasycić własną próżność. Gotów jestem wówczas pozwolić na to, by moi bracia i siostry żyli w ciemności – bylebym tylko zachował własny wizerunek i status. Oznacza to, że jestem prawdziwym sługą zła i antychrystem! Kiedy sobie to uświadomiłem, ogarnął mnie strach i nie odważyłem się po raz kolejny wystąpić przeciwko oświeceniu i przewodnictwu Ducha Świętego. Gotów byłem porzucić swoją szatańską naturę i ukoić Boże serce praktycznymi działaniami. Tak więc natychmiast napisałem do owego współpracownika i poprosiłem go, żeby przyjechał i się z nami porozumiał. Zawstydziło mnie to, że po tym, jak się spotkaliśmy osobiście, ten brat nie okazał mi nawet cienia pogardy ani się ze mnie nie śmiał. Szczerze omówił to, jak wspólnie pracowali, podczas gdy Duch Święty dokonywał wśród nich swego dzieła; to, że zdawali się na Boga i się do Niego modlili, gdy doświadczali klęsk i niepowodzeń; to, jakich działań Boga doświadczyli od tamtego czasu; to, jakiego rodzaju autentyczną wiedzę o Bogu osiągnęli itd. Widząc zrelaksowaną i radosną twarz mojego brata, potem zaś widząc, że moi bracia i siostry zdają się przysłuchiwać jego słowom z uwagą i przyjemnością, a wreszcie widząc stopniowo pojawiające się na ich twarzach uśmiechy – poczułem nagły ból, jakby pękło mi serce. Tym razem jednak przyczyną tego nie były moje niepowodzenia w sferze wizerunku czy statusu, lecz to, że napomniałem sam siebie w sercu za to, iż tak zadłużyłem się u Boga. Dzięki temu z całą mocą zacząłem doświadczać całej odpowiedzialności i obowiązków, spoczywających na barkach przywódcy. Jeśli obrana przeze mnie droga nie jest tą właściwą, przyniesie to szkody i życiową ruinę wielu ludziom, a także cierpienia duchowe wielu braciom i siostrom. Czy w taki wypadku nie będę głównym winowajcą i czyż moja wina nie będzie polegać na sprzeciwianiu się Bogu? Gdy dzieło Boga dobiegnie końca, w jaki sposób powinienem zdać przed Nim relację? To właśnie wtedy ostatecznie zacząłem całym sercem gardzić sobą. Nienawistne mi było to, że kiedy w przeszłości spełniałem swoje obowiązki, nie do końca uczciwie angażowałem się w pracę, myśląc tylko o poprawie własnej reputacji i statusu, i upajając się błogosławieństwami związanymi z owym statusem. Nie tylko utrudniało moim braciom i siostrom wejście w życie, ale w jeszcze większym stopniu przeszkadzało to w wypełnianiu Bożej woli. Częstokroć również zatracałem dzieło Ducha Świętego i pogrążałem się w ciemnościach. Widziałem, że z pogoni za reputacją i statusem wynika znacznie więcej szkody niż pożytku. Choć jednak czułem winę i żal, odczuwałem również pewną ulgę. A było tak dlatego, że pod przewodnictwem Boga w końcu zdołałem oderwać się od żądzy sławy, zysku i pozycji – i tym razem zacząłem wcielać prawdę w życie. Zrobiłem coś, co było dobrodziejstwem z perspektywy dzieła ewangelicznego, z perspektywy życia braci i sióstr, i z perspektywy mojego własnego życia. Dzięki swym praktycznym działaniom zawstydziłem szatana i tym razem stanąłem jako świadek Boga.

W obrębie mojego doświadczenia Bożego dzieła i z racji mojej pogoni za reputacją i statusem przeżyłem wiele klęsk i porażek. Zrobiłem wiele fałszywych kroków i z tej przyczyny rozprawiano się ze mną i oczyszczano mnie. Stopniowo zacząłem postrzegać status jako coraz mniej ważny, i moja błędna pespektywa – to, w co wierzyłem wcześniej: że bez statusu nie ma przyszłości ani podziwu innych ludzi – uległa odwróceniu. Obecnie już od piętnastu lat podążam za Bogiem. Ilekroć myślę o dziele, jakiego Bóg we mnie dokonał, ogarnia mnie błogość. Nigdy nie zapomnę Bożej miłości ani Bożego zbawienia. Gdyby nie Bóg, który zaaranżował moje środowisko życiowe i rozprawił się z moim pragnieniem sławy, zysku i statusu na wczesnych etapach mojego życia –jakże zdołałbym osiągnąć pragnienie wyzwolenia się od przekonań, które żywiłem wcześniej przez tyle lat i które stała się moim życiem? Gdyby Boże zbawienie nie przyszło na czas, w dalszym ciągu żyłbym według szatańskich trucizn, trwoniąc swoje życie w imię urojeń, których nie sposób spełnić. I gdyby nie zsyłane mi przez Boga raz po raz objawienia i oczyszczenia, w dalszym ciągu podążałbym niewłaściwą drogą, nigdy sobie nie uświadamiając tego, jak wielka jest moja próżność i jak silne jest we mnie pragnienie statusu. W szczególności nie uświadomiłbym sobie, że jestem wrogiem Boga. To właśnie zadziwiające dzieło Boga pozwoliło mi przejrzeć na wskroś szkody płynące z pogoni za sławą, zyskiem i statusem. Dzięki temu moje błędne wartości i poglądy na życie zostały odwrócone, dzięki temu też zrozumiałem, że tylko dążenie do prawdy i spełnianie swojego obowiązku istoty stworzonej jest prawdziwym życiem człowieka, i że tylko odrzucając mroczny wpływ szatana, a także wiodąc życie w oparciu o słowa Boga, mogę zyskać życie sensowne i wartościowe. Wyłącznie Bożemu sądowi i karceniu zawdzięczam swoje dzisiejsze rozumienie i przemianę, która we mnie zaszła. Choć podleganie Bożemu sądowi i karceniu wymagało przejścia przez ból oczyszczenia, osiągnąłem pewne zrozumienie dzieła Bożego, Jego dobrej istoty, Jego sprawiedliwego i świętego usposobienia. Potrafię teraz wyraźnie dostrzec i z pogardą odrzucić szatańskie trucizny, które przyniosły mi tyle szkody w ciągu tak wielu lat, jestem też zdolny do tego, by mieć prawdziwe ludzkie życie. Żadne z moich cierpień nie było daremne. Miały one głęboki sens i wielką wartość! Począwszy od dzisiaj, gotów jestem poddać się na mej drodze dalszemu sądowi i karceniu, a także próbom i oczyszczeniu, które ześle mi Bóg – tak żeby niebawem moje skażone usposobienie mogło zostać oczyszczone z wszelkich form zepsucia i żebym ja sam mógł stać się osobą, której postępowanie jest w pełni zgodne z wolą Boga.

Przypis:

a. Oryginalny tekst nie zawiera wyrażenia „pragnienie”.

Wstecz:Wreszcie mogę urzeczywistnić pewne podobieństwo do człowieka

Dalej:Przemiana upadłego człowieka

Powiązane treści